Stał na wycieraczce, w jednej ręce trzymał kluczyki od swojego Opla Astry, w drugiej reklamówkę z apteki. Pani Irena, w kapciach z filcową podeszwą, sunęła już z kuchni, żeby mu otworzyć. Pachniało gotowaną kapustą i, trochę dziwnie, pastą do podłóg. W telewizorze leciała reklama jakiegoś marketu budowlanego — ceny paneli, rabaty na farby, „przyjedź, płać, zabieraj”. Pani Irena tego nie oglądała, po prostu telewizor grał, żeby w domu nie było tak pusto.
— Synku — powiedziała, ale Marek już minął ją w progu i położył reklamówkę na stole.
— Skończ, mamo. Nie dzwoń do mnie w robocie. Szefowa patrzy. I nie mów „co u ciebie”, dopóki nie powiesz, po co dzwonisz.
Pani Irena chwilę poprawiała ścierkę na parapęcie. Za oknem wiało. Podwórko zasypywały mokre liście, a na trzepaku kołysała się zapomniana klamerka. Miasto Tomaszów Lubelski, ulica ciasna, domy stare, dwa kroki od rynku, a tu jeszcze ogród za płotem, który zawsze wyglądał jak zapomniany skrawek wsi.
— Chciałam, żebyś przyjechał. Nie było cię u mnie… — zaczęła, ale syn przerwał.
— Nie było, bo pracuję. I wiesz, ile teraz kosztuje benzyna? Siedem złotych za litr, jak jest dobrze. Mam jeździć co weekend, żeby posłuchać, że znowu coś nie tak?
— A ja nie mówię, że coś nie tak. Mówię, że chcę z tobą pogadać.
Marek westchnął, otworzył reklamówkę i wyjął z niej mały pojemnik. — Masz krople. Na oczy. Zapłacone. A to maść na stawy, bo mówiłaś, że ci łamie.
Pani Irena wzięła pojemnik, powąchała przez plastik, chociaż to nic nie dawało. Odstawiła na stół, obok miski z jabłkami. — To wszystko prawda, ale mam ważniejszą sprawę.
— Jaka znów sprawa?
— Twój ojciec mi się śnił. W nocy. Siedział w kuchni, na twoim miejscu. I milczał. Patrzył na mnie, jakby coś wiedział, co ja powinnam zrozumieć, a nie mogę.
Marek spojrzał na nią tak, jak patrzy się na człowieka, który znowu zaczyna swoją starą śpiewkę. — To pewnie dlatego, że sama siedzisz za długo. Zrób sobie herbaty, idź na spacer.
— Chodzę. Dziś rano byłam koło kościoła. Wiesz, co tam widziałam? Ogłoszenie na słupie. „Skup mieszkań. Pilne. Płacimy od ręki”. I pomyślałam sobie, że może to znak.
Marek zamarł z ręką w kieszeni. — Co ty kombinujesz?
— Nic nie kombinuję. Tylko starsza pani na przystanku powiedziała, że teraz wszyscy sprzedają. Bo czynsze idą w górę, a pieniędzy nie ma. I że lepiej oddać za swoje, niż żeby komornik wziął.
W kuchni zapanowała dziwna cisza. Marek popatrzył na nią, potem na swoje buty, potem na reklamę w telewizji. — A ty masz komornika czy co?
— Nie mam. Ale ty masz długi. I ja o tym wiem.
Marek zrobił krok do przodu. — Kto ci powiedział?
— Nikt. Sam powiedziałeś. Jak byłeś na komunii u kuzyna, to po wódce. Siedziałeś przy stole i mówiłeś, że cię dusi. Że mieszkanie w Lublinie, kredyt, że pracujesz i nic nie wychodzi. Twoja żona, pani Aneta, siedziała wtedy z twarzą ściętą jak papier.
— Mamo, to była rozmowa przy świątecznym stole. Tak się mówi i się nie pamięta.
— A ja pamiętam. I dlatego pytam: ile?
— Ile czego?
— Ile potrzebujesz?
Marek oblizał wargi. W ręku obracał kluczyki, aż zadzwoniły. — Trzydzieści osiem.
Pani Irena poprawiła na krześle poduszkę, potem drugą. — Tysięcy?
— No tak.
— To dużo, synku.
— Dlatego chcę, żebyś rozważyła sprzedaż tego domu. Serio. Mógłbym cię wziąć do nas. Aneta by się ucieszyła. Mamy pokój po Tymku. Mieszkasz z nami, jesteś pod opieką, lekarze blisko, wszystko w jednym miejscu. A my spłacamy.
Pani Irena podeszła do okna i odsunęła firankę. Na podwórku, przy budzie z desek, leżał stary kundel. Obok niego, na wygrzanym kamieniu, spał rudy kot.
— A co z nimi? — zapytała.
— Z kim?
— Z moimi zwierzętami.
Marek machnął ręką. — Kota można dać do schroniska. Psa też. Albo… no nie wiem, może ktoś weźmie.
— Tak, ktoś. Może sąsiad, może listonosz.
— Mamo, to tylko pies.
— Dla ciebie tylko pies. Dla mnie — Mojo. Jedenaście lat ze mną. Znalazłam go przy śmietniku za piekarnią. Był taki malutki, że mieścił się w rękawie. A tego rudego przygarnęłam, jak umarł pan Stanisław, co mieszkał na końcu ulicy. Jego też nikt nie chciał.
Marek znowu westchnął, tym razem głośniej. — Więc nie chcesz.
— Nie. I nie chcę też mieszkać u was.
— Dlaczego?
Pani Irena usiadła na krześle, złożyła ręce na kolanach. — Bo u was nie można żyć. Byłam tydzień, pamiętasz? Po operacji kolana. I nie mogłam nawet wstać o piątej, bo Aneta mówiła, że to ją budzi. Kładłam się o dwudziestej pierwszej, bo wy wtedy oglądacie serial. Chciałam sobie zrobić zwykłą herbatę, a ona mi mówi: „Mamo, mamy tylko zieloną, bo czarna jest niezdrowa”. Własną łyżkę musiałam pytać, czy mogę wziąć. I jeszcze ta zmywarka. Boże, jak ta maszyna wyje. U mnie w domu pachnie chlebem i lasem z pieca. U was pachnie detergentem i tym odświeżaczem do podłogi. Jak mam tam oddychać?
— Przesadzasz.
— Nie przesadzam. Ta sama Aneta mówi, że kuchnię trzeba wycierać ręcznikiem papierowym, bo ścierka to bakterie. A ja żyłam z tą ścierką i jakoś żyję. I powiem ci coś jeszcze: nie sprzedam tego domu. To mój dom. Wniesiony z ojcem, cegła po cegle, jeszcze za naszych czasów. Tu się urodziłeś. Tu umarł twój ojciec. I tu ja też umrę.
Marek wstał. Przeszedł się po kuchni, jakby chciał coś kopnąć, ale nie było czego. — To co ja mam zrobić?
— Nie wiesz? Ja ci powiem. Sprzedajcie samochód. Weźcie na raty. Aneta niech pójdzie do pracy na więcej godzin. I niech twój syn, ten cały Tymek, zamiast grać do trzeciej w nocy, pójdzie do roboty. W sklepie za rogiem szukają kogoś do wykładania towaru. Widziałam ogłoszenie. To jest droga.
— To jest droga? — Marek zaśmiał się gorzko. — Mamo, Tymek ma 22 lata. Ma swoje życie, swoje plany. Nie pójdzie do pracy za najniższą krajową, żeby płacić moje długi.
— To niech płaci swoje. Bo to on narobił.
Marek zbladł. — Co?
— Myślisz, że nie wiem? Trzydzieści osiem tysięcy to nie twój kredyt. To pożyczki Tymka. On się uczył na tym swoim prywatnym uniwersytecie, ale nie skończył, bo mu się nie chciało. Potem chciał działać w internecie, kryptowaluty, inwestycje, kursy, cuda. I teraz dzwonią do was ludzie, których on nie zna. I dlatego chcesz, żeby matka sprzedała dom. Bo ty nie umiesz powiedzieć własnemu synowi: „Synu, sam się wpakowałeś, sam wychodź”.
Marek nie odpowiedział. Stał przy stole i patrzył na jabłka.
— Może i tak — powiedział w końcu. — Ale to twój wnuk. Myślałem, że pomożesz.
— Pomogę. Pomogę ci inaczej. Zostaniesz dziś na obiedzie?
— Nie.
— Nie zostaniesz. To weź przynajmniej słoik z ogórkami. I te jabłka, masz w reklamówce.
Marek wziął słoik, bo wciąż miał w ręku kluczyki. — Trzeba było zostać. Porozmawiać jak z matką.
— A ty nie porozmawiałeś?
— Porozmawiałem. Z kobietą, która bardziej kocha psa niż wnuka.
Pani Irena podała mu reklamówkę z jabłkami. — Posłuchaj, synku. Tymek nie dzwoni do mnie od pół roku. Na święta przysłał SMS-a, bo nie chciało mu się przyjechać. Nie wie, gdzie mieszkam. Nie wie, jak się nazywa mój pies. Nie przyjdzie na mój pogrzeb, chyba że akurat będzie potrzebował pożyczyć sukienki dla swojej dziewczyny. A Mojo jest ze mną codziennie. Leży na tym samym kocu. I jak mi smutno, to on kładzie pysk na mojej nodze. Nie mówię, że to jest moja rodzina. Ale to jest mój dom. I ty, mój syn, widzisz w nim tylko cenę.
Marek wziął reklamówkę i słoik. Poszedł do przedpokoju, ubrał buty, potem znowu je zdjął, bo zapomniał telefonu. Na ekranie telefonu zobaczył powiadomienie z banku. Wyszedł, nie zamykając drzwi do końca. Zatrzasnął je tylko tak, żeby nie huknąć.
Na podwórku znowu wiało. Pani Irena wyszła na próg, otuliła się swetrem. Widziała, jak Marek wsiada do Astry, jak zapala silnik, jak rusza powoli, noga z gazu, bo ulica wąska. Potem zniknął za rogiem, a ona jeszcze chwilę stała, czując zapach deszczu, który szedł od strony Parku Miejskiego.
Potem zawołała psa. Mojo podbiegł, merdając ogonem, z pyskiem w starej ranie, którą zawsze lizał. Z kuchni dobiegał głos z telewizora: ceny kredytów, raty, odsetki. Wyłączyła go. Została sama z tym, co za oknem — wiatrem, liśćmi, ciemnością zbierającą się za płotem.
Następnego dnia poszła do notariusza.
Nie szła tam ze złością. Szła z teczką, w której miała akt własności, wypisany jeszcze na maszynie, i zdjęcie ojca z mężem. W kancelarii pachniało kurzem i kawą. Młody notariusz, jeszcze przed trzydziestką, mówił do niej „proszę pani” i to było miłe.
— Chcę podarować nieruchomość — powiedziała. — Ale nie synowi.
— A komu?
— Schronisku dla zwierząt w Tomaszowie. Widzi pan, to jest dom z ogrodem, a tam zawsze brakuje miejsca. I chcę tam żyć do końca. Mam 74 lata. W akcie zapiszemy służebność. Oni dostaną dom po mojej śmierci. Ja do końca mam prawo tu być.
Notariusz zdjął okulary i patrzył na nią dłużej, niż trzeba. — Rozumiem. To da się zrobić. Tylko musi pani podać dane. I to nie jest darowizna, to umowa. Ma pani pełną zdolność?
— Pełną. I żadnych długów. Dom czysty.
Sporządził akt. Pani Irena podpisała się starannie, litera po literze. Na korytarzu zrobiła zdjęcie dokumentowi telefonem, który kupił jej syn, żeby „miała z nim kontakt”. Wysłała mu jedno zdjęcie. Bez żadnego tekstu.
Marek zadzwonił tego samego dnia wieczorem.
— Mamo, co to jest?
— Umowa. Teraz nie będziesz musiał przyjeżdżać po to, żeby prosić o sprzedaż. Bo ja już nie jestem właścicielką. Po mojej śmierci dom pójdzie na schronisko. Za darmo.
— Coś ty zrobiła?! — W słuchawce trzasnęło, jakby krzesło się przewróciło. — Mamo! To jest chore! Mój dom! Twój dom! Nasz dom!
— To mój dom. I zrobiłam z nim to, co chciałam. A ty, synku, masz teraz spokój. Nie musisz myśleć, jak matka ci się do czegoś przyda.
— Oddasz to, mamo. Jutro przyjeżdżam.
— Możesz. Tylko nie zapukaj za mocno, bo pies się denerwuje.
Marek przyjechał w sobotę. Pani Irena zobaczyła go z okna kuchni. Stał przed furtką, trzymał w ręku ten sam akt, zmęczony, w rozpiętej kurtce, z plamą na rękawie. Dzwonił raz, drugi. Pani Irena otworzyła. Wpuściła go. Pies warknął cicho, ale ona tylko położyła mu rękę na grzbiecie.
Weszli do kuchni. Marek rzucił dokument na stół.
— To jest nieważne.
— Ważne. Zrobione u notariusza.
— Mamo, to jest dom, w którym się urodziłem. Nie możesz go oddać obcym.
— A ty chciałeś go oddać bankowi. Bo twój syn narobił długów. To, co ja zrobiłam, jest uczciwsze. Oni przynajmniej nie proszą, żebym umarła.
— Ja nigdy…
— Nie. Ty nigdy nie powiedziałeś tego słowa. Ale ja widziałam twój wzrok, kiedy mówiłeś, żebym się pakowała. Już mnie nie było w twoim planie. Był tylko dom i cena za metr.
Marek usiadł ciężko na krześle. Patrzył w stół, na którym leżał klucz od furtki i suszone kwiaty w słoiku. — To co ja mam teraz zrobić?
— Żyj. Pracuj. Powiedz Tymkowi, żeby wziął rower i jeździł do pracy. Ja nie żałuję.
— A jeśli zmienisz zdanie?
— Nie zmienię. Bo wiesz, co jest najgorsze? Ty nawet nie zapytałeś, czy ja się boję. Czy potrzebuję czegoś. Czy mam co jeść. Przyjechałeś z długiem i z planem. I nawet nie poczęstowałeś się jabłkiem z miski.
Marek nie odpowiedział. Wstał, podszedł do okna, popatrzył na ogród. Pies chodził po podwórku, obwąchiwał krzaki. Ciemniało. W kuchni pachniało ziemią i winogronami, bo sąsiadka przyniosła wczoraj całą reklamówkę.
— Zostaniesz na kolację? — zapytała pani Irena.
Tym razem nie odpowiedział od razu. W końcu usiadł z powrotem. Wziął jabłko. Uderzył nim o stół, aż potoczyło się po blacie.
— Zostanę — powiedział.
I to było wszystko. Potem jedli chleb z pasztetem, pili zwykłą czarną herbatę. Marek mył naczynia, a pani Irena rozmawiała z psem, jak z człowiekiem. W telewizji grali prognozę pogody. Na jutro zapowiadali wiatr i opady.
Marek wyjechał późno. Na siedzeniu pasażera leżała reklamówka z jabłkami i słoik. Ale tym razem sam po nie sięgnął. A przy furtce, na desce, zostawił kartkę: „Zadzwonię w niedzielę. Sprawdź, czy piec grzeje”.
Nie zrobiła z tym nic. Schowała kartkę do szuflady z dokumentami. Tam, gdzie trzymała lek na serce i akt od notariusza.







