**Dziennik Łucji, 12 stycznia**
Znowu matka z nowym współlokatorem pojawiła się w naszym małym domu na skraju wsi, a przy nich jeszcze jakiś mężczyzna. Było już po kilku kieliszkach usiadłam skulona w kącie przy małej szafce nocnej.
Nie mam już dokąd się ukryć, na dworze leży śnieg. Mam dość wszystkiego. Lato minie, skończę dziewiątą klasę i wyjadę do Warszawy. Zdobędę się na pedagogiczny stopień i zostanę nauczycielką. Mieszka się zaledwie dziesięć kilometrów od domu, ale zamierzam zamieszkać w akademiku pomyślałam głośno, choć nie było nikogo, kto by mnie słuchał.
Matka i goście usiedli przy kuchennym stole. Rozbrzmiało chlupanie, kiedy do szklanki wlewano wódkę, a powietrze wypełnił zapach kiełbasy. Z nieświadomą śliną przełknęłam.
Czekaj, ty! odezwał się głos matki.
Co ty się łamiesz?
Jesteście we dwójkę
Pierwszy raz w duecie powiedział Michał, współlokator matki.
Rozległ się dźwięk łamanej porcelany, szelest, szept. Łyżki stuknęły w talerz, a ja wcisnęłam się jeszcze mocniej w kąt. Nagle cisza.
Słuchaj, Mikołaju, ona śpi rzekł inny współlokator.
Mówiłem, że to dobra dziewczyna, a jednak coś we mnie drży
Mówiłeś, że ma córkę
Córkę? Jaka?
Łucję, już wielką dziewczynkę. Pewnie schowała się w pokoju.
Przyciągnij ją tutaj rozbrzmiał radosny głos Michała.
Łucjo, gdzie jesteś? wszedł do pokoju współlokator, zobaczywszy mnie, i uśmiechnął się nieprzyjemnie. Chodź, usiądź z nami!
Ja i tak nie potrzebuję tego towarzystwa.
Czemu się wstydzisz? Michał próbował mnie objąć.
Chwyciłam wazon stojący na szafce i przyłożyłam go do jego głowy. Dźwięk łamanego szkła rozległ się po całym domu. Wybiegłam z pokoju, a on jeszcze krzyczał: Trzymaj ją!. Byłam już przy drzwi wejściowych, w samych skarpetkach, starych szortach i koszulce, i wybiegłam na mroźną ulicę.
Za mną podbiegli mężczyźni. Ulica była bezludna, a śnieg szumiało pod stopami. Z oddali dobiegły krzyki. W wielkim domu, przy którym biegłam, usłyszałem szczekanie psa, a potem głos, który krzyczał na zwierzę.
Podbiegłam do drzwi i zaczęłam mocno pukać. Otworzył je mężczyzna w ok. czterdziestu lat.
Pomóżcie! szepnęłam, patrząc na niego z błaganiem.
Wejdź! chwycił mnie za rękę i zamknął drzwi.
Olek, kto tam? pojawiła się kobieta na werandzie.
Patrz, za nią biegną tacy faceci odparł gospodarz, wskazując na mnie.
Szybko do domu! kobieta wzięła mnie pod ramię. Tam wszystko wyjaśnisz.
Łucjo, wyjdź na dobre! krzyczał Michał z zewnątrz.
Olek, nie wtrącaj się! krzyknęła gospodyni. Wejdź do domu!
Z podwórka dobiegały szczeknięcia, a z domu rozlegało się szczekanie psa.
Trzeba zadzwonić na policję kobieta wyjęła telefon.
Polino, nie. Rozwiążę to sam. Są tu w końcu miejscowi odpowiedział Michał.
Jak zamierzasz to rozwiązać? zapytała.
Spokojnie, dziewczyno. odparł. Gospodarz wziął pojemnik, podszedł do lodówki, położył w nim butelkę wódki i kawałek kiełbasy.
Wyszedł na podwórze, pogłaskał psa, i razem z nim ruszyli w stronę drzwi. Michał rzucił się w stronę mnie:
Oddaj Łucję!
Weźcie i idźcie!.
Otworzył pojemnik, spojrzał na mnie z uśmiechem i skinął głową do kolegi. Chodźmy, Mikołaju.
***
Nazywam się Polina Szymańska kobieta położyła na kuchence czajnik. Usiądź, opowiedz, co się stało.
Nazywam się Łucja zacząłam, zgrzytając zębami. Mieszkam przy tej ulicy, ale od zawsze z kraja.
Jesteś córką Kiry? zapytała.
Tak.
Choć dopiero co przybyliśmy, słyszeliśmy o twojej mamie. Zapytałam i nie wytrzymałam łzy popłynęły po policzkach.
Nie płacz powiedziała, przytulając mnie do siebie. To było dla mnie coś nowego. Przytuliłam ją mocniej i płakałam jeszcze głośniej.
Spokojnie, spokojnie, zaraz napijemy się herbaty wprowadziła mnie gospodarz domu.
Co z tą pięknością zrobimy? skinęła głową w moją stronę Polina, po czym się uśmiechnęła. Porozmawiamy o tym jutro, teraz popijmy herbatę i zmyjmy ją.
Chcesz coś zjeść? podała mi kubek z herbatą, uśmiechając się. Widzę, że masz apetyt.
Na stole pojawiły się kanapki i kawałki ciasta.
Jedz, jedz! zachęcał gospodarz, patrząc, jak wpatruję się w jedzenie.
Nie zadawano mi dalszych pytań, nie szukano w moich oczach wstydu.
Gdy kolacja dobiegła końca, Polina poprowadziła mnie do łazienki:
Umyj się, weź ten szlafrok.
***
Jedno chciałam nie zostać wyrzucona na dwór. Leżenie w ciepłej kąpieli wydawało się przyjemne, zwłaszcza że na dworze mróz. Czas jednak wstać gospodarze czekali.
Wyszłam. Mężczyzna z żoną siedzieli na kanapie. Uśmiechnęłam się nieśmiało:
Dziękuję.
Łucjo, rozumiem, że nikt cię nie będzie szukał. Nie masz ochoty wracać do domu? zapytała gospodyni.
Zgięłam głowę nisko.
Jutro rano musimy wyjechać
Rozumiem przycisnęłam pod głowę jeszcze niżej.
Zostaniesz sama. Nie otwieraj drzwi! Nasz Jack nie wpuści nikogo. Zrozumiałaś?
Tak! wykrzyknęłam, nie powstrzymując emocji.
Możesz ugotować dla nas barszcz, zanim wrócimy mrugnął Olek Romaniuk. Umiesz?
Umieszam odpowiedziałam, wciąż obawiając się wyrzucenia. Dobrze gotuję i mogę sprzątać.
Posprzątaj, jeśli nie będzie ci ciężko na dole dodała Polina Szymańska.
***
Obudziłam się razem z gospodarzami. Leżałam cicho, wciąż mając strach przed wyjściem. Na podwórzu zagrzmiało auto. Po chwili cisza.
Wstałam, umyłam się. Na kuchni czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na stole do obróbki leżały żeberka wieprzowe.
Zjadłam śniadanie, sprzątałam stół, wycierałam, myłam podłogę.
W korytarzu zauważyłam odkurzacz. Włączyłam go i zaczęłam odkurzać.
Właśnie wyłączyłam go, gdy usłyszałam głos za plecami:
Co to wszystko znaczy? zapytał wysokiego chłopaka o lat osiemnaście, w brązowych oczach ciekawość.
Sprzątam wymamrotałam. A pan jest kim?
Cóż, pokręcił głową, wyciągnął telefon:
Mamo, jestem w domu. A to kto?
Synu, niech ta dziewczyna tu przy nas zamieszka.
Co ja mam zrobić? odparł, chowając telefon do kieszeni, przyglądając się mi od stóp do głów i ruszając w kierunku kuchni.
Czy podać herbatę? zapytałam.
Sam się zajmę.
***
Zamknęłam odkurzacz, dalej wycierając kurz, wsłuchując się w każdy szmer w kuchni. Chłopak po śniadaniu poszedł do łazienki, wyszedł nagi, pachnąc balsamem.
Hej, gospodynie, podaj jeszcze jedną butelkę! krzyknął z podwórka.
Co to znowu? podszedł do okna.
Nie otwierajcie im! krzyknęła Łucja, przerażona.
Patrząc na mnie, chłopak uśmiechnął się i ruszył w stronę wyjścia. Pobiegłam do okna. Przy płocie stał Michał z przyjacielem i krzyczał coś niezrozumiałego. Serce mi przyspieszyło.
Wyszedł syn gospodarzy. Rzucili się na niego i nagle obaj upadli w śnieg, jakby podpierali się nawzajem. Chłopak pochylił się nad nimi, coś powiedział. Wstali z opuszczonymi głowami i poszli w stronę domu matki.
***
Chłopak wrócił i spojrzał na mnie zamrożoną. Zbliżył się:
Co, się przestraszyłaś?
Nie mogąc powstrzymać łez, rzuciłam się w jego ramiona i zapłakałam.
Jak masz na imię? zapytał nagle.
Łucja.
Ja jestem Rusłan. Nie płacz, już nie przyjdą.
***
Rusłan poszedł na górę do swojego pokoju i nie wrócił aż do wieczora. Ja ugotowałam barszcz, usiadłam przy stole i zamyśliłam się.
Oczywiście chciałabym zostać tutaj, wśród tych dobrych ludzi, ale wiedziałam, że przekroczyłam granice przyzwoitości.
Wrócili gospodarze. Polina Szymańska zaskoczona pokiwała głową, oceniając porządek. Olek Romaniuk przyznał, że barszcz smakuje znakomicie.
Chyba pójdę do domu powiedziałam z rezygnacją. Dziękuję wam za wszystko.
Łucjo, zostań jeszcze kilka dni zaświeciła Polina.
Dziękuję, Pani Polino! Wrócę do domu powtórzyłam.
Ruszyłam w stronę drzwi i zamarłam. Od wczoraj chodziłam po domu w obcym szlafroku i nieznanych kapciach.
Chodźmy! gospodyni wzięła mnie za ramię i poprowadziła do salonu.
Otworzyła szafę, długo przyglądała się ubraniom. Wyciągnęła dżinsy, sweter i ciepłą kurtkę sportową.
Ubraj się! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu.
Nie, nie nie trzeba.
Nie wyjdź nagi do domu. Ubierz się, nie stracę pieniędzy.
Ubrałam się, zerknęłam w lustro. Nigdy nie miałam tak ładnych ubrań.
W korytarzu zmusiła mnie do założenia czapki i zimowych butów.
Łucjo, na zdrowie! powiedziała.
Dziękuję, Pani Polino!.
***
Życie znów wzięło swój rytm. Matka podjęła pracę na farmie. Jej współlokator zniknął z przyjacielem.
Wiosna nadeszła. Tego dnia siedziałam w domu przy lekcjach, gdy ktoś zapukał w drzwi. Wyjrzałam przez okno i nie mogłam uwierzyć przy płocie stał Rusłan. Spojrzał na mnie i skinął głową, jakby mówił: Wyjdź!.
Nie wyszłam wyleciałam naprzód.
Cześć! uśmiechnął się Rusłan.
Witaj!
Mama cię wołała.
***
Weszłam więc do tego domu, w którym spędziłam tak szczęśliwy dzień.
Cześć, Łucjo! przywitała mnie gospodyni, obejmując.
Witaj, Pani Polino!
Wejdź, napijmy się herbaty.
Gospodyni usiadła, nalała herbaty i usiadła przy stole.
Mam do ciebie prośbę. Ja i mój mąż jedziemy na miesiąc do Turcji na jej twarzy pojawił się marzycielski uśmiech. Syn rzadko wraca. Czy możesz opiekować się domem? Jacka musisz karmić, kota też, a kwiaty podlewać. Mamy ich mnóstwo.
Oczywiście, Pani Polino!.
W porządku wyciągnęła pieniądze. Oto dwadzieścia tysięcy złotych.
Pani Polino, po co tyle?
Weź, nie zabraknie nam nic. Zobaczę ci wszystko i pokażę.
Zaczęłam zapamiętywać, gdzie leżą doniczki, wiadra z kwiatami, jedzenie dla Jacka i mięso dla psa. Potem Polina zawołała:
Rusłan! syn od razu wybiegł ze swojego pokoju. Przedstaw Łucję Jackowi!
Chodźmy! Rusłan delikatnie położył rękę na moim ramieniu.
Wyszliśmy na podwórko, odwiązali Jacka i poszli na spacer.
Całą drogę Rusłan opowiadał o studiach, karate, rodzinnych interesach.
A ja myślałam o czymś innym. Zrozumiałam, że między mną a Rusłanem jest przepaść, tak samo jak między moją mamą a rodzicami Rusłana. Dobra ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku to prawdziwe życie.
Za dwa miesiące egzamin w kolegium, zdam go. Będę się uczyć, pracować, kręcić światem, ale zostanęTeraz wiem, że moja przyszłość leży w moich własnych rękach.







