Grażyna zatrzasnęła zamek i z ulgą wypuściła powietrze. No i dobrze. Dwa dni wolne przed nią, żadnych kolejek, żadnego ważenia towaru, żadnych rozładunków.
– Pani Grażynko, a jutro pani pracuje? – dobiegł zza pleców znajomy głos.
Nawet się nie odwróciła – już wiedziała, kto to. Michał Wiśniewski. Zawsze nie w porę.
– Jutro niedziela – odparła szorstko, nie patrząc na niego. – Dzień wolny.
– A… no tak. To nic, przyjdę w poniedziałek.
Grażyna w końcu się odwróciła. Staruszek stał z wytartą siatką, w wyblakłej kurtce, patrzył na nią jakoś zagubiony. Jakby na coś liczył.
„Znowu będzie grosze przeliczał przez pół godziny” – przemknęło jej przez myśl.
– W poniedziałek proszę przyjść – rzuciła i ruszyła w stronę domu.
A on zawsze tak – przychodzi pod samo zamknięcie, wybierze dwie-trzy drobnostki, potem przy kasie grzebie w portfelu, przelicza monety. Kolejka się za nim ustawia, ludzie wzdychają, a on jakby nie widział. Jakiś opieszały. Tylko irytuje.
W niedzielę rano, przechodząc obok sklepu, Grażyna stanęła jak wryta.
Przy drzwiach siedział kot. Zwykły podwórkowy, bury, wyłysiały i strasznie chudy. Ale dziwne – nie siedział po prostu. Miotał się od drzwi do okna, drapał pazurami próg, zaglądał w szparę, miauczał. I to tak żałośnie, tak rozpaczliwie.
– A sio stąd! – machnęła ręką Grażyna.
Kot nawet drgnął. Tylko patrzył na drzwi.
„Bezdomny” – pomyślała Grażyna i poszła dalej.
W poniedziałek Grażyna podchodziła do sklepu z ciężkim sercem. Kot nigdzie nie zniknął. Leżał przy progu zwinięty w kłębek, wyczerpany.
Klucz przekręcił się w zamku. Drzwi się otworzyły.
I wtedy Grażyna usłyszała. Cieniutki, ledwie słyszalny pisk. Gdzieś w kącie, za regałami.
Weszła do środka, przyjrzała się – i serce zatrzymało się w piersi.
Kotek.
Maleńki, ślepy, bezbronny. Leżał wśród kartonowych pudeł, żałośnie piszczał, poruszał łapkami.
Kot wpadł za Grażyną, skoczył do kotka, zaczął go lizać, mruczeć.
– Boże – szepnęła Grażyna. – Więc ty próbowałaś się do niego dostać.
Grażyna stała nad kartonowym pudłem i nie wiedziała, co robić. Kot usadowił się obok kotka, lizał go, mruczał – po raz pierwszy od doby uspokojony.
A Grażynie w głowie tylko jedna myśl: „W sklepie nie można trzymać zwierząt. Gdzie ich podziać?”
– Słuchaj, no dajesz – mruknęła na głos. – Jak ty się tu w ogóle dostałaś? Kiedy zdążyłaś?
Kot tylko przytulił się do kotka jeszcze mocniej.
Grażyna przypomniała sobie: w piątek wieczorem, gdy zamykała, przy wejściu tłoczyli się klienci. Zamieszanie, pośpiech. Pewnie wtedy się wślizgnęła. Niepostrzeżenie. A urodziła już w nocy, gdy sklep stał pusty.
I całą niedzielę miotała się na zewnątrz, próbując dostać się z powrotem.
– Dobra – westchnęła Grażyna. – Coś wymyślimy.
Nalała kotu wody do plastikowego kubeczka, odłamała kawałek gotowanej kiełbasy ze swojej kanapki. Kot pił łapczywie, pośpiesznie, jakby się bał, że mu zabiorą.
Potem Grażyna otworzyła sklep dla klientów.
Pierwsza weszła sąsiadka, ciocia Wanda. Zobaczyła kota z kotkiem i klasnęła w dłonie:
– Ojej, Grażynko! Skąd?
– Ano… – Grażyna machnęła ręką. – Wślizgnęła się jakoś. Słuchaj, Wando, może weźmiesz? Twoje wnuki lubią wszelkie zwierzęta.
Ciocia Wanda skrzywiła się:
– Mamy już kota. Starego, złego. Wszystkie by podusił. Nie, nie, wybacz.
Następny był wujek Stefan, hydraulik. Też odmówił:
– Żona nie pozwoli. Kicha od sierści.
Potem przyszła młoda matka z dzieckiem. Maluch nawet wyciągnął rączki do kotka, ale matka go szarpnęła:
– Nie dotykaj! Brudny! Choroby różne. Chodź stąd.
Grażyna stała za ladą i czuła, jak coś w środku się ściska. Każda odmowa odbijała się w piersi głuchym uderzeniem.
„Nikt nie weźmie?”
Do południa już straciła nadzieję.
Około trzeciej po południu drzwi się otworzyły i wszedł Michał Wiśniewski.
Jak zwykle – powoli, ostrożnie. Siatka w ręku. Przywitał się cicho, skinął głową.
Grażyna nie zdążyła odpowiedzieć – on zatrzymał się przy wejściu, przykucnął przy pudle.
– O – powiedział cicho. – Kto to u pani?
Kot podniósł głowę, spojrzał na niego czujnie.
Michał ostrożnie wyciągnął rękę, pogłaskał kota po głowie. Kot przymknął oczy, zamruczał.
– Pani Grażyno – odwrócił się do ekspedientki. – A co z nimi będzie?
Grażyna westchnęła:
– Nie wiem, panie Michale. Trzymać tu nie można. A nikt nie chce brać.
– Rozumiem.
Zamilkł, po czym znów pogłaskał kota. Kotek cichutko pisnął, poruszył się.
– A mogę – zaczął Michał i urwał. – Mogę ich wziąć?
Grażyna zamarła. Patrzyła na staruszka i nie wierzyła uszom.
– Pan? – spytała. – Naprawdę?
– No tak. – Uśmiechnął się nieśmiało. – Mnie samemu i tak nudno. Będzie towarzystwo. Tylko nie wiem, jak się nimi opiekować. Ale się nauczę. W internecie poczytam.
Grażyna nagle poczuła, jak gardło jej ściska. Ten opieszały staruszek, którego tyle razy poganiała, ponaglała, na którego się irytowała.
On okazał się jedynym, który nie przeszedł obojętnie.
– Panie Michale – wykrztusiła. – Dziękuję. Naprawdę. Dziękuję.
On machnął rękami:
– Ależ skąd. Mnie samemu przyjemnie. W domu pusto. Żona trzy lata temu zmarła. Dzieci nie mam. Więc chodzę tu codziennie, żeby z kimś słowo zamienić.
Grażynie zrobiło się wstyd. Tak wstyd, że chciała zapaść się pod ziemię.
Zawsze irytowała się, że jest powolny. że opóźnia kolejkę.
A on był po prostu samotny.
Michał ostrożnie wziął pudło z kotem i kotkiem. Podtrzymywał od spodu, żeby się nie trzęsło. Kot spojrzał na niego czujnie, ale nie oponował. Jakby zrozumiał – ten człowiek nie skrzywdzi.
– Tylko nie wiem, jak ich donieść do domu – powiedział w zamyśleniu. – Pudło duże, niewygodne. A oni się tam kiwać będą.
– Chwileczkę – Grażyna rzuciła się na zaplecze i wróciła z mocnym, mniejszym kartonem. – Proszę, w tym lepiej. I są uchwyty.
Sama przełożyła kota z kotkiem, wyłożyła dno miękką ścierką. Ręce jej drżały. Nie wiadomo, czy ze zdenerwowania, czy ze wstydu, który coraz bardziej gryzł od środka.
– Pani Grażyno, może mi pani doradzi – Michał uśmiechnął się niepewnie – co im kupić? Karma jakaś potrzebna? Miseczka?
Grażyna nagle ujrzała wyraźnie: staruszek jest zagubiony. Wziął na siebie odpowiedzialność, ale nie ma pojęcia, co dalej. I tak wziął. Bo nie potrafił przejść obojętnie.
– Proszę chwilę – powiedziała zdecydowanie. – Zaraz.
Przeszła wzdłuż półek, zbierając wszystko, co potrzebne: puszkę mięsnej karmy dla kota, paczkę suchej, dwie plastikowe miseczki, paczkę żwirku do kuwety.
– To dla pana – podała torbę Michałowi.
– Ależ skąd. Zapłacę.
– Nie trzeba – ucięła Grażyna. – Ode mnie. Tak po prostu.
Chciał zaprotestować, ale spojrzała na niego tak surowo, że tylko skinął:
– Dziękuję. Bardzo dziękuję.
Michał podniósł pudło, torbę, skierował się do wyjścia. W progu odwrócił się:
– Pani Grażyno, a jak pani myśli. Muszę ich zawieźć do weterynarza?
– Trzeba – przytaknęła. – Jutro niech pan idzie. Niech sprawdzi, czy wszystko w porządku.
– Dobrze. Pójdę oczywiście.
Wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim z cichym brzękiem.
Grażyna została sama.
W sklepie było cicho. Pusto. Tylko na podłodze, w kącie, leżało stare kartonowe pudło – to samo, w którym leżał kotek.
Podeszła, podniosła pudło, chciała wyrzucić. I nagle nie mogła. Usiadła na podłodze, przycisnęła pudło do piersi i rozpłakała się.
Łzy płynęły po policzkach, kapały na karton.
Przypomniała sobie, jak irytowała się na Michała. Jak go poganiała. Jak wzdychała, gdy wchodził do sklepu. Jak myślała: „Znowu ten staruszek. Znowu będzie grosze przeliczał”.
A on się okazał taki.
Bez wahania wziął kota z kotkiem. Choć sam ledwo wiąże koniec z końcem – to widać po ubraniu, po tym, jak drobne przelicza w portfelu.
Ale nie przeszedł obojętnie.
„Boże – myślała Grażyna – jaka ze mnie idiotka. Jaka ja jestem zatwardziała.”
Otarła łzy dłonią, wstała z podłogi. Wyrzuciła pudło do śmieci. Wróciła za ladę.
Do sklepu zaczęli schodzić się klienci.
Zwykły dzień pracy.
Ale coś w Grażynie się zmieniło. Patrzyła na klientów inaczej. Już nie jak na kolejkę, którą trzeba szybko obsłużyć. Ale jak na ludzi, z których każdy ma swoją historię. I nigdy nie wiesz, co człowiek ma w sercu.
Następnego dnia na pewno zapyta Michała, jak się mają kot z kotkiem. Jak się urządzili. Czy nie potrzebują pomocy.
I już nigdy nie będzie go poganiać.
Minęły dwa dni.
Grażyna wciąż wypatrywała Michała. Zerkała na drzwi, nasłuchiwała kroków na korytarzu. Ale nie przychodził.
I niepokój narastał. „A może coś się stało? Może zachorował? Albo z kotem coś nie tak?”
Trzeciego dnia nie wytrzymała.
Zapytała sąsiadów o adres. Okazało się, że Michał mieszka w sąsiednim bloku, na trzecim piętrze.
Grażyna kupiła worek jabłek, paczkę ciastek – tak dla przyzwoitości, żeby nie z pustymi rękami – i po pracy poszła do niego.
Drzwi otworzyły się nie od razu. Potem rozległy się szurające kroki i w progu stanął Michał. Zdziwiony, zagubiony.
– Pani Grażyno? Pani… do mnie?
– A tak – podała torbę. – Postanowiłam odwiedzić. Jak się pan miewa? Jak kot z kotkiem?
Twarz staruszka rozjaśnił uśmiech. Tak ciepły, szczery, że Grażynie ulżyło na duszy.
– Proszę, proszę! – Usunął się. – Świetnie się urządziły!
Mieszkanie było nieduże, skromne. Stare meble, wytraty dywan. Ale czyste, przytulne.
Na parapecie, na złożonym kocu, drzemał kot. Obok niego buszował kotek – już silniejszy, puszysty.
– Oto one – powiedział z dumą Michał. – Kota nazwałem Mruczką. A kotka – Puszkiem. Bo taki puszysty.
Grażyna podeszła, ostrożnie pogłaskała Mruczkę. Kot otworzył jedno oko, mruknął i znów zapadł w drzemkę.
– Piękne – cicho powiedziała Grażyna.
– Ano – Michał uśmiechał się od ucha do ucha. – Wie pani, byłem z nimi u weterynarza. Wszystko w porządku.
Mówił i mówił – jak Mruczka pierwszej nocy chowała się pod kanapą, jak ciągnęła tam kotka, jak potem się oswoiła, jak teraz wita go w drzwiach, gdy wraca.
Wychodząc, Grażyna zatrzymała się w progu:
– Panie Michale, niech pan przyjdzie do sklepu. Będę czekać.
Skinął głową.
– Przyjdę.
I dodał cicho:
– Dziękuję pani, Grażyno. Za wszystko.
– To panu dziękuję – odparła. – Jest pan prawdziwym człowiekiem.
Następnego dnia Michał znów przyszedł do sklepu. Jak zwykle – powoli, z siatką.
Ale tym razem Grażyna przywitała go uśmiechem. Wyjęła z zaplecza taboret, postawiła obok lady:
– Niech pan siada, panie Michale. Niech się pan nie spieszy. Ja się nigdzie nie śpieszę.
On skinął z wdzięcznością. Usiadł. Zaczął spokojnie wybierać produkty.
I Grażyna po raz pierwszy nie poganiała staruszka.







