W naszej miejscowości doszło do prawdziwej katastrofy. Takie wiadomości zawsze bardzo szybko rozchodzą się od domu do domu i okazuje się, że wszyscy już wiedzą, wszyscy dyskutują. Chodzi o Sarę. Była jeszcze stosunkowo młodą dziewczyną, kiedy przeprowadziła się z ojcem z miasta, bo z pieniędzmi było kiepsko. Przeniesiono ją do miejscowej szkoły, uczyła się pilnie, ale nigdy nie udało jej się dostać na studia. Gdy miała trzydzieści lat, a na horyzoncie nie widać było ani szczęścia rodzinnego, ani pieniędzy, posłuchała rad w Internecie i postanowiła wyjechać za granicę, by spróbować szczęścia.
Ojciec odwodził ją od wyjazdu, mówiąc, że jakoś przeżyją z emerytury i gospodarstwa, ale Sara chciała zobaczyć świat, znaleźć dobrego męża i mieć pieniądze. Przekonała ojca, by pozwolił jej jechać. Tego feralnego dnia towarzyszył jej do pociągu, który odjeżdżał z sąsiedniej wsi. Najpierw musiała dostać się do miasta, potem do stolicy, a następnie do samolotu i do kraju, w którym czekała na nią praca... Ale nie było jej dane nigdzie dojechać – pociąg wykoleił się na moście. Nikt nie przeżył.
W tym pociągu było wielu znajomych i żal ich rodzin, zwłaszcza staruszka. On zupełnie oszalał z żalu. Nie dopuszcza myśli, że jego córka odeszła, z wielkim uśmiechem opowiada wszystkim we wsi, że pojechała do Włoch, a stamtąd trafiła do Hiszpanii. Mówi, że tam wyszła za mąż, że niedawno urodziła wnuczkę, że pisze do niego listy, obiecując, że prędzej czy później przyjedzie, a biedny staruszek codziennie chodzi na najbliższą stację i czeka na nią.
Tak jest już od ośmiu lat i nic się nie poprawiło. Sąsiedzi mówili, że powinniśmy go umieścić w szpitalu, ale potem uznali, że nie. Jest nieszkodliwy, żyje fantazją, ale tak jest mu łatwiej. Niech myśli, co chce, jeśli to nie rani jego serca.






