Spóźniałem się do pracy, a autobus jak na złość miał opóźnienie. Na moście był korek, a ja myślałem, że znów się spóźnię, a wtedy na pewno szef utnie mi z premii.
Niewiele myśląc podniosłem rękę i zacząłem łapać samochód. Zatrzymałem taksówkę, którą prowadził mężczyzna dość leciwy. Sam również nie należę do najmłodszych, wsiadłem i jakoś z góry postanowiłem, że zostawię mu napiwek, jeśli uda mu się podwieźć mnie do pracy na czas.
Po drodze rozmawialiśmy trochę o prognozie pogody – zapowiadano deszcz – a potem o mojej pracy. Nagle poczułem, że w samochodzie jest bardzo duszno. Krawat uciskał mi szyję, a serce z jakiegoś powodu biło szybciej. I serce zaczęło mi walić.
Powiedziałem kierowcy, że trochę źle się czuję, ale to pewnie nic wielkiego, ale on potraktował to poważnie i zjechał z trasy, kierując się do najbliższego szpitala. Początkowo nie rozumiałem dlaczego, ale okazało się, że byłem już siny, a mój język jakoś zdrętwiał i nie mogłem nic powiedzieć.
Mężczyzna zabrał mnie do szpitala i przekazał w ręce lekarzy. Miałem “zawał”. Gdyby nie pomoc tego człowieka…. Dosłownie uratował mi życie i odjechał nie pozostawiając żadnego kontaktu.
Oczywiście nie zapłaciłem za przejazd i nie zostawiłem napiwku, choć teraz dałbym o wiele więcej. Szkoda, że nie wiem jak go znaleźć.






