Kroki na żwirze przy budce z goframi
Zimowy czwartek, kilka minut po szóstej rano. Pracuję w administracji cmentarza komunalnego w Lublinie i tego dnia miałem dyżur od siódmej. Do otwarcia biura zostało jeszcze trochę czasu, więc usiadłem w służbowej kanciapie, żeby wypić herbatę z sokiem malinowym, którą przyniosłem w termosie. Kaloryfer ledwo ciągnął, przez uchylone okno wpadał zapach mokrej ziemi i dymu ze świec z pobliskich grobów. Miałem przed sobą stos dokumentów do podbicia, ale zamiast tego gapiłem się w telefon.
Obok biura jest nieduży parking, a przy jego wjeździe stoi zamknięta o tej porze budka z goframi, którą latem prowadzi student z sąsiedniej ulicy. Zimą stoi pusta, z okiennicą zabitą deską, i tylko szyld skrzypi na wietrze. To właśnie stamtąd, znad tej budki, dobiegł pierwszy dźwięk, który sprawił, że podniosłem głowę.
Ktoś zaparkował z piskiem opon. Silnik nie zgasł od razu — mruczał jeszcze przez dłuższą chwilę, jakby kierowca nie mógł się zdecydować, czy wysiąść. Potem trzaśnięcie drzwiami. Ktoś biegł po żwirze, mijając budkę. Szybkie, nierówne kroki, a za nimi drugie — cięższe, spokojniejsze.
Nie lubię wścibskich ludzi, ale okno mojej kanciapy wychodzi prosto na wejście do kancelarii pogrzebowej, która mieści się po drugiej stronie parkingu, tuż za budką. Czasem po prostu słyszę rzeczy. Tego dnia usłyszałem więcej, niż powinienem.
Przed drzwiami kancelarii stała kobieta po czterdziestce, w rozpiętym płaszczu, z torbą przewieszoną przez ramię. Naprzeciwko niej mężczyzna w myśliwskiej kurtce i wełnianej czapce naciągniętej na uszy. Ona mówiła szybko, wysoko, nerwowo. On odpowiadał niskim, równym głosem. Nie znałem ich z nazwiska, ale widziałem ich już wcześniej. Przyjeżdżali tu dwa razy w ciągu ostatniego tygodnia. Raz rozmawiali o trumnie dębowej, raz o oprawie muzycznej.
Teraz stała na parkingu i mówiła coś o zamku. Że dzisiaj rano wymienią zamki. Że ojciec chce zapisać im dom, samochód, konta. Że młodsza siostra zostanie pominięta.
Mężczyzna zaśmiał się krótko, jakby ktoś opowiedział kiepski żart. Powiedział: „No wreszcie". Kobieta poprawiła kołnierz i dodała coś o kartonach przy garażu.
Nie chciałem tego słuchać. Ale herbata wystygła, a do otwarcia biura zostało dwadzieścia minut. Zostałem przy oknie.
Potem wydarzyło się coś dziwnego.
Kobieta wyjęła telefon i wybrała numer. Mężczyzna stanął obok niej, blisko, tak żeby słyszeć rozmowę. Ona zaczęła mówić do słuchawki. Na tyle głośno, że słyszałem każde słowo.
— Ojciec umarł w nocy. Znaleźli go rano. Nie ma sensu, żebyś przyjeżdżała. Gienek znalazł papiery. Wszystko będzie na nas.
Mężczyzna szturchnął ją łokciem. Szepnął: „Pochwal się, że ciocia z banku dzwoniła". Kobieta machnęła ręką, żeby zamilkł.
— Po prostu nie rób scen — ciągnęła do telefonu. — Grażyna i tak zostaje przy ojcu dłużej niż ty kiedykolwiek.
Grażyna? Ojciec? Przez moment pomyślałem, że może to jakaś inna sprawa. Inna rodzina. Inny zmarły. Ale potem mężczyzna wyrwał kobiecie telefon i powiedział coś, po czym zmroziło mnie bardziej niż mróz na szybie.
— Skończ z tym, Aneta. Ojciec doskonale wiedział, kto go naprawdę kochał.
Aneta. Aneta Laskowska. Znałem to nazwisko. Kobieta, która od dwóch tygodni załatwiała w kancelarii pogrzeb w imieniu rodziny. Tyle że jej ojciec — Edmund Laskowski — wcale nie umarł. Dwa dni wcześniej sam przywiózł mi odpis aktu zgonu swojej żony z prośbą o wyjaśnienie, czemu opłata za miejsce na cmentarzu wzrosła o sto czterdzieści złotych. Rozmawiałem z nim twarzą w twarz. Pokazywałem mu cennik. Podałem mu krzesło, bo chwilę kręciło mu się w głowie.
A teraz jego starsza córka mówiła młodszej, że ojciec nie żyje.
Wyjrzałem zza firanki. Kobieta wciąż stała na parkingu, telefon przy uchu. Mężczyzna w myśliwskiej kurtce kręcił głową i uśmiechał się pod nosem. Za ich plecami, na końcu alejki brzozowej, stał mężczyzna w granatowej puchowej kurtce, z siwymi włosami i lekko zgarbionymi ramionami. Edmund Laskowski. Ojciec, który ponoć umarł poprzedniej nocy.
Stał nieruchomo. Patrzył na córkę i zięcia. W ręce trzymał złożoną na pół kopertę — inną niż ta, którą dzień wcześniej zostawił u mnie w kanciapie z prośbą, żebym ją przechował do rana. Tamtą kopertę miałem wciąż w szufladzie, obok termosu. Tę, którą trzymał teraz, musiał przygotować osobno, może właśnie po to.
Nie wiedziałem, o co chodzi. Ale powoli zaczynałem rozumieć, o co chodziło z tym pogrzebem, który Aneta załatwiała w kancelarii.
Tymczasem na parkingu rozmowa dobiegała końca.
— Nie dzwoń, nie pisz, nie przyjeżdżaj — mówiła Aneta do słuchawki. — Po prostu zniknij.
Mężczyzna obok niej dodał: — I nie próbuj nic kwestionować, bo zrobimy wszystko, żebyś pożałowała.
Aneta spojrzała na niego z uznaniem, jakby właśnie wygrali losowanie działki na Rodzinnych Ogródkach Działkowych.
A potem usłyszałem kroki na żwirze. Tym razem nie od strony parkingu, tylko od alejki. Edmund ruszył w stronę córki. Szedł wolno, jakby chciał dać im szansę, żeby się odwrócili i sami zrozumieli. Ale oni stali tyłem, zaaferowani telefonem.
Aneta powiedziała jeszcze coś o tym, że nikt jej nie powstrzyma. Że dom należy się jej i mężowi. Że matka zmarła dwa lata temu, a ojciec zbyt długo trzymał wszystko w garści.
Edmund zatrzymał się kilka metrów za nimi.
— Aneta — powiedział.
Głos miał cichy, ale niesie się po cmentarzu jak dzwon.
Aneta odwróciła się. Mężczyzna obok niej zesztywniał. Telefon wysunął się z jej dłoni i upadł na żwir. Rozległ się suchy trzask, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
— Tato… — zaczęła Aneta.
— Skąd masz klucze do mojego mieszkania? — zapytał.
Mężczyzna zrobił krok do przodu, ale Edmund powstrzymał go jednym ruchem ręki.
— Ty — powiedział do zięcia — skończyłeś. Z tobą porozmawiam później.
Potem podszedł do Anety, która wciąż stała z otwartymi ustami, i wsunął jej do ręki kopertę, którą trzymał. Widziałem, jak niepewnie ją chwyta. Jakby to była żmija.
— Co to? — wyjąkała.
— Wypis z banku i zeszyt z moimi rozliczeniami — powiedział Edmund. — Wiem o wszystkim. O pożyczce na mieszkanie, którą wzięliście pod zastaw mojej działki. O karcie kredytowej, którą twój mąż podpisał na moje nazwisko, kiedy byłem w sanatorium.
Aneta zrobiła krok do tyłu. Mężczyzna w myśliwskiej kurtce milczał.
— Wydziedziczyłeś nas? — zapytała cicho.
Edmund popatrzył na nią długo.
— Jeszcze nie — odpowiedział. — Ale po tym, co dzisiaj usłyszałem, zrobię to dziś wieczorem.
Aneta zaczęła coś mówić, ale Edmund odwrócił się i ruszył z powrotem w stronę alejki brzozowej. Nie obejrzał się. Nawet nie przyspieszył kroku.
Mężczyzna w myśliwskiej kurtce stał chwilę bez ruchu. Potem podniósł telefon, który leżał na żwirze, i rzucił nim o ziemię jeszcze raz. Ekran rozbił się na drobne kawałki. Aneta stała obok i patrzyła, jak ojciec znika między nagrobkami.
Potem zrobiła coś, czego nie zapomnę. Roześmiała się. Krótko, sucho, jakby coś w niej pękło. Schyliła się i zaczęła zbierać kawałki szkła z żwiru, tuż przy zabitej deskami budce z goframi. Jeden z odłamków przeciął jej palec, ale nawet nie jęknęła.
Zięć krzyknął do niej coś wulgarnie, machnął ręką i poszedł w stronę samochodu. Aneta została na parkingu, trzymając w jednej dłoni zakrwawione kawałki ekranu, a w drugiej kopertę od ojca.
Wstałem od okna. Herbatę wypiłem zimną, jednym haustem. Założyłem kurtkę i wyszedłem, bo zbliżała się siódma i do biura zaczęli schodzić się pierwsi interesanci.
Przechodząc przez parking, minąłem Anetę, stojącą tuż obok budki. Nie podniosła głowy. Tylko przyciskała kopertę do piersi, a z palca kapała krew na śnieg, kropla po kropli, tworząc małą czerwoną kropkę przy drewnianej nodze budki.
Nie powiedziałem nic. Nie moja sprawa.
Kopertę Edmunda, tę pierwszą, zostawioną u mnie dzień wcześniej, oddałem mu dopiero po południu, kiedy wrócił do biura sam, bez płaszcza narzuconego na jedno ramię, jakby wyszedł z domu w pośpiechu. Podziękował krótko, otworzył ją, sprawdził zawartość i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Nie zapytał, czy ktoś ją widział. Ja też nic nie powiedziałem.
Dwa dni później w kancelarii zjawiła się Aneta, z palcem owiniętym bandażem i podaniem o odroczenie terminu pogrzebu matki. Powiedziała, że ojciec zmienił plany. Potem dodała, że już nie chodzi o ten pogrzeb, tylko o coś innego.
Zapytałem, co takiego.
Spojrzała na mnie, jakby czekała na odpowiedź na pytanie, którego nigdy nie zadała.
— Ojciec sprzedał dom w środę — powiedziała. — Całą kwotę przelał na konto schroniska dla zwierząt w Zamościu. Dwieście czterdzieści tysięcy złotych.
Kiwnąłem głową i przyjąłem formularz.
W pieczątce, którą odbiłem na podaniu, zostało odrobinę za mało tuszu. Poprawiłem ją drugi raz, żeby data była czytelna. Aneta cały czas stała i patrzyła na mnie, jakby wciąż liczyła, że powiem coś, co wszystko zmieni.
Nie powiedziałem nic.
Podałem jej tylko kopię z pieczątką i wskazałem drzwi. Wyszła bez słowa. Przez okno kanciapy zobaczyłem, jak mija zabitą deskami budkę z goframi, przystaje na chwilę przy jej ścianie, jakby chciała się o nią oprzeć, i idzie dalej, w stronę bramy cmentarnej, aż jej kroki na żwirze ucichły zupełnie.







