Miłosne absurdyI tak oto zakochany mężczyzna postanowił podarować ukochanej śnieg z lodówki, myśląc, że to spełnienie jej marzeń o białych świętach w środku lata.

Dziś, kiedy myślę o tej historii, widzę, że była zwyczajna. A jednak wtedy, dawno temu, zdawała się całym światem.

Na dwa tygodnie przed wyjazdem służbowym pokłócili się. Poważnie. Tak poważnie, że kot Mruczek na wszelki wypadek schował się Bóg wie gdzie, byle nie wpaść pod gorącą rękę.

Grażyna poprosiła o kwiaty.

– Darek, kup mi kwiaty. Tak po prostu. Bez okazji.

– A okazja? – zapytał, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Ja. Ja jestem okazją.

Darek pomyślał: „Czemu nie? To racjonalne”. Poszedł do sklepu. Wrócił po dwudziestu minutach z dużą torbą. Grażyna uśmiechnęła się, zajrzała do środka. Wyjęła główkę kapusty. Świeżą, jędrną, białą.

– To są kwiaty? – zapytała cicho.

– To kapusta. Kwiaty kosztują pięćset złotych i więdną. Kapusta – osiemdziesiąt. Z niej przez trzy dni można robić sałatkę.

– Darek.

– Słucham?

– Jesteś idiotą.

– Twoim idiotą.

Nie odzywała się do niego przez trzy dni. On nie rozumiał, czym ją obraził. Ona nie wyjaśniała. Potem wyjechał w delegację. Do Gdańska. Powiedział:

– Praca, nic osobistego.

Grażyna pomyślała: „Nic osobistego – to o nas”.

Wyjechał na dwa tygodnie.

Ona została z dwójką dzieci, kotem, niekończącymi się praniami, szkołą, przedszkolem i odwieczną jajecznicą na śniadanie.

I z WhatsAppem.

To tam pisali do siebie…

**Dzień pierwszy.**

On: Dotarłem. Pokój przygnębiający. Jutro negocjacje.

Ona: Brawo. Kot wciągnął całą karmę i przez godzinę darł się, domagając się dokładki.

On: Kto się spisał? Ja czy kot?

Ona: Kot.

**Dzień drugi.**

On: Zdjęcie śniadania. Zdjęcie hotelu. Zdjęcie kolegi Jacka, który chrapie w pokoju obok.

Ona: Ładnie. U nas cieknie kran. Woda leci. Zadzwoniłam po hydraulika. Nie przyszedł.

On: Dzwoń do administracji.

Ona: Zadzwoniłam. Powiedzieli, że przyślą w ciągu trzech dni.

On: Ale buce.

Ona: Buce to ci, którzy wyjechali do Gdańska.

**Dzień trzeci.**

On: Jak dzieci?

Ona: Syn przyniósł jedynkę, córka nie chce jeść kolacji. Jestem zmęczona.

On: Trzymaj się.

Ona: Dziękuję, nie trzymam się. Upadam.

**Dzień czwarty.**

On: Dzisiaj w galerii handlowej widziałem ogromnego pluszowego zająca. Chciałem kupić córce, ale bałem się taszczyć go do samolotu.

Ona: Nigdy nie bałeś się taszczyć rzeczy do samolotu. Bałeś się wydać pieniądze.

On: Rozgryzłaś mnie.

Ona: Rozgryzłam cię już na pierwszej randce, kiedy zamówiłeś herbatę bez cukru i powiedziałeś, że słodkie jest niezdrowe.

On: A ty zamówiłaś ciastko i zjadłaś je sama, nie poczęstowawszy mnie.

Ona: Bo powiedziałeś, że to niezdrowe.

**Dzień piąty.**

On: Dzisiaj zasnąłem na negocjacjach. Serio. Zamknąłem oczy i na sekundę odpłynąłem. A kiedy je otworzyłem – wszyscy patrzyli.

Ona: Zwolnią cię?

On: Mam nadzieję. Jestem zmęczony.

Ona: Ja też jestem zmęczona.

On: Męczmy się razem, ale w różnych miastach?

Ona: Męczmy się razem, ale w domu. Kiedy wracasz?

On: Stęskniłem się.

Ona: Ja też.

Przez chwilę milczał. Potem napisał:

– Wiesz, właśnie zrozumiałem, że tęsknię nie za domem. Tęsknię za tobą. Za tym, jak rano pijesz kawę i krzywisz się, bo jest gorąca. Za tym, jak besztasz kota, a potem go żałujesz. Za tym, jak się śmiejesz, kiedy syn opowiada kawały.

Ona nie odpowiedziała. Przeczytała tę wiadomość pięć razy. Potem się rozpłakała. Bo on nigdy nie pisał takich słów. Przez piętnaście lat małżeństwa – ani razu. On, materialista, pragmatyk, człowiek, który mówi „kocham” tylko na urodziny i to po przypomnieniu. A tu – o kawie, o kocie, o kawałach. Jakby ktoś włamał się do jego telefonu. Albo dopadło go olśnienie.

**Dzień szósty.**

Ona: Byłeś wczoraj pijany?

On: Nie. Trzeźwy jak szkło.

Ona: To dlaczego takie słowa?

On: Bo stęskniłem się. To jak alkohol – mózg się wyłącza, język się rozwiązuje.

Ona: Porównałeś miłość do alkoholu?

On: Porównałem miłość do szczerości. Czasami, żeby być szczerym, trzeba być odrobinę pijanym. Albo bardzo samotnym.

Ona: Jesteś samotny? Przecież tam masz kolegów.

On: Koledzy to nie ty. Oni nie wiedzą, że boję się ciemności i śpię przy małej lampce. Ty wiesz. I nigdy się nie śmiałaś.

Ona: Śmiałam się. Raz. Kiedy powiedziałeś, że boisz się ciemności, bo może tam być Mruczek.

On: Mruczek to bestia. Robi kupę do kapci. To przerażające.

Ona: Jesteś idiotą.

On: Twoim idiotą.

**Dzień siódmy.**

Obudziła się od wiadomości. Napisał o czwartej nad ranem:

„Nie śpię. Myślę o tobie. Wyobrażam sobie, jak spotykamy się na lotnisku. Będziesz w tej niebieskiej sukience, którą kocham. Ja będę z kwiatami. Przytulimy się, a ja powiem: „Przepraszam, że jestem taki”. Ty zapytasz: „Jaki?”. Ja odpowiem: „Milczący”. Ty powiesz: „Przywykłam”. Ja powiem: „To źle”. Ty powiesz: „To życie”.”

Ona nie odpowiedziała. Po prostu założyła niebieską sukienkę. Choć to był dopiero siódmy dzień, a spotkanie miało być za tydzień.

**Dzień ósmy.**

On: Dziś poszedłem do zoo. Sam. Patrzyłem na małpy. Są podobne do naszych kolegów – robią miny, rzucają jedzeniem, udają szefów.

Ona: Sam poszedłeś do zoo? W wieku czterdziestu lat?

On: No i co? Mam prawo do dzieciństwa. Przecież mi pozwalasz.

Ona: Pozwalam. Tylko rób zdjęcia.

Przysłał zdjęcie. Małpa robiła minę. On zresztą też. Grażyna roześmiała się na głos. Dzieci przybiegły:

– Mamo, co się stało?

– Tata się wygłupia.

– On zawsze się wygłupia, kiedy nas nie ma.

– Tak. Szkoda, że tego nie zauważamy.

**Dzień dziewiąty.**

On: Tak sobie pomyślałem. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Zgubiłaś portfel w metrze, ja go podniosłem. Powiedziałaś: „Jest pan bardzo spostrzegawczy”. Ja powiedziałem: „A pani jest bardzo ładna”. Potem poszliśmy na kawę.

Ona: Do dziś pamiętam, że zamówiłeś herbatę bez cukru.

On: A ty ciastko.

Ona: Do dziś je pamiętam. Było pyszne. Z wiśnią.

On: A ja pamiętam, jak na mnie patrzyłaś. Jakbym nie był zwykłym facetem z metra, tylko całym życiem.

Ona: Byłeś całym życiem. Nadal nim jesteś. Tylko czasem o tym zapominam.

On: Ja też zapominam. Ale teraz nie zapominam.

**Dzień dziesiąty.**

Przez cały dzień ani słowa. Od rana do wieczora cisza. Dzwoniła – nie odbierał. Pisała – nie odpowiadał. Wpadła w panikę. Wyobrażała sobie najgorsze: upadł, zachorował, potrącił go samochód. Kot chodził za nią po mieszkaniu i domagał się jedzenia. Dzieci prosiły o bajki. Myślała o nim.

O jedenastej wieczorem przyszła wiadomość:

„Przepraszam. Rozładował mi się telefon. Zostawiłem ładowarkę w hotelu. Cały dzień szukałem nowej. Znalazłem u Jacka. Dał mi, ale wziął ode mnie słowo, że już nie będę zasypiał na negocjacjach. Jak się masz?”

Ona: Martwiłam się. Myślałam, że umarłeś.

On: Żyję. Tęsknię. Wkrótce wrócę.

Ona: Za trzy dni.

On: Za trzy dni. Przyjedziesz?

Ona: W niebieskiej sukience.

On: Ja z kwiatami.

Ona: Umowa stoi.

**Dzień jedenasty.**

On: Kupiłem prezenty. Synowi klocki, córce zająca, tobie szalik.

Ona: Nie umiesz wybierać szalików. Ostatnio przywiozłeś różowy, a ja nie noszę różu.

On: To nie różowy. To spłowiały róż.

Ona: Spłowiały róż to nadal róż.

On: To kolor zachodu słońca nad Gdańskiem.

Ona: Jesteś poetą?

On: Jestem księgowym. Ale dla ciebie mogę zostać poetą.

Ona: Nie trzeba. Kocham cię jako księgowego. Masz czytelny charakter pisma i wszystko ci się zgadza.

**Dzień dwunasty.**

On: Jutro wylot. Czekaj.

Ona: Będę czekać.

On: Denerwujesz się?

Ona: Nie.

On: Ja się denerwuję. Jak za pierwszym razem.

Ona: Za pierwszym razem zakrztusiłam się ciastkiem, a ty poklepałeś mnie po plecach. Było niezręcznie.

On: A mnie było przyjemnie. Dotknąłem cię.

**Dzień trzynasty. Spotkanie.**

Stała na lotnisku w niebieskiej sukience, z dziećmi. Kota oczywiście nie zabrali, bo urządziłby awanturę. Patrzyła na tablicę przylotów. Jego samolot miał godzinę opóźnienia. Piła kawę, dzieci grały na telefonach. Myślała: „Dlaczego pisał o moich nogach? Dlaczego o kawie? Dlaczego o małpach? Nigdy taki nie był. Może naprawdę zakochał się na nowo? A może to po prostu delegacja – oderwanie od domu, od dzieci, od przypalonej jajecznicy? Może w domu znów będzie milczący, zapyta o kapustę i zniknie w laptopie?”

Wyszedł z hali przylotów. Z kwiatami. Ogromny bukiet. Takiego od niego nie widziała – tylko na ślubie, a i wtedy bukiet wybierała teściowa.

Podszedł, objął ją, pocałował. Powiedział:

– Przepraszam, że jestem taki.

Ona: Jaki?

On: Milczący.

Ona: Przywykłam.

On: To źle.

Ona: To życie.

On: Nie. To przyzwyczajenie. Będę się zmieniał.

Ona: Nie trzeba. Kocham cię takim, jaki jesteś. Nawet z kapustą.

On: Kapusta była błędem.

Ona: Kapusta to przeszłość. A kwiaty to teraźniejszość.

Pojechali do domu. W taksówce trzymał ją za rękę. Dzieci zasnęły. Kot przywitał ich w progu, obwąchał kwiaty, kichnął i poszedł do kuchni.

Ona wstawiła kwiaty do wazonu. On schował laptopa do szuflady. Powiedział:

– Dziś nie pracuję. Dziś jestem tylko twój.

Ona: A jutro?

On: Jutro jestem twój z laptopem. Ale dziś – bez.

Zamówili pizzę, popijali wino i oglądali film. Głupi film o miłości. Ona się śmiała, on ją obejmował. Kot siedział obok i domagał się kiełbasy.

– Darku – powiedziała. – Naprawdę się zmienisz?

– Nie wiem. Ale spróbuję.

– A jeśli ci się nie uda?

– To będziesz mi pisać, że jestem bucem, a ja będę pisał, że tęsknię za twoimi nogami.

Roześmiała się.

– Jesteś idiotą.

– Twoim idiotą.

Dopili wino, dojedli pizzę. Położyli dzieci spać. Kot zasnął w fotelu. Grażyna spojrzała na męża.

– Wiesz, ja też tęskniłam. Nie za tobą – za nami. Za tymi, którymi byliśmy na początku. Wesołymi, rozbrykanymi, bez kredytu hipotecznego i bez kapusty.

– Kapusta to symbol mojej głupoty. Nie będę już kupował kapusty.

– Kupuj. Tylko razem z kwiatami.

– Umowa stoi.

Przytulili się i zasnęli. Na kanapie. Bo łóżko zajął kot.

Rano wyszedł do pracy. Z laptopem. Pocałował ją i powiedział: „Kocham”.

Wieczorem nie zapomniał o kwiatach. Wstąpił do kwiaciarni i poprosił:

– Coś niedrogiego, ale żeby żona się uśmiechnęła.

Sprzedawczyni zaproponowała stokrotki. Wziął.

Grażyna wstawiła je do wazonu. Kot obwąchał, kichnął i poszedł.

I tak codziennie.

Taka właśnie jest ta historia. Zwykła, prosta. Miejscami niedorzeczna, nawet głupia.

No i co? Miłość często brzmi głupio. Ale to nie znaczy, że jej nie ma.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Miłosne absurdyI tak oto zakochany mężczyzna postanowił podarować ukochanej śnieg z lodówki, myśląc, że to spełnienie jej marzeń o białych świętach w środku lata.