Mięczak i superjamnikMięczak, ku swojemu zdziwieniu, odkrył, że superjamnik potrafi nie tylko tropić, ale i latać.

Bari swojej szczególnej winy w tym nie widziała. No, nie wytrzymała raz, pognała za kotem, szarpnęła smyczą mocniej niż trzeba, pani upadła. Ale przecież Bari nie ze złości – instynkty…

Życie nieustannie trzaskało Jacka po nosie: „Nie pchaj się, tu nie twoje miejsce, odejdź na bok”…

Jacek i odchodził. Rację ma życie, lepiej się nie wychylać – zdrowiej będziesz. Natura nie poskąpiła mu wad: mały, chudy, słaby.

W szkole przezywali go cherlakiem, a czasem bili dla profilaktyki. Przyjaciół Jacek prawie nie miał, poza jednym – Pawłem.

„Nic, jak dorosnę, myślał wtedy Jacek, to wszystko się skończy. Dorośli są mądrzy. Głupich przezwisk nie dają i kuksańców bez powodu nie rozdają”.

Oj, jakże się mylił…

***

Z kuksańcami w dorosłym życiu faktycznie było lepiej. Nie wypada w dorosłym świecie rozdawać je na prawo i lewo. Ale za to z przezwiskami…

Jak tylko Jacka nie nazywali. I mizerakiem, i pluskwą, i pyzdrą, i myszką. On się oczywiście obrażał, ale nieszczęście w tym, że nie umiał godnie odpowiedzieć. Bo do niewielkiego wzrostu Jacka dochodziła ogromna nieśmiałość.

Oj, i przeszkadzała mu ta nieśmiałość. Nawet bardziej niż nieciekawy wygląd. Nowe relacje nie układały się. Więc kontaktował się tylko ze starym szkolnym przyjacielem Pawłem i z matką, póki żyła.

Lata mijały, Jacek pracował jako magazynier w sklepie i o życiu osobistym nawet nie myślał, choć sklepowa załoga była w dziewięćdziesięciu procentach kobieca.

Tylko że panie patrzyły na Jacka jak na takiego „syna pułku”. Otaczały opieką, broniły, częstowały domowym jedzeniem. A jakże? On przecież „biedny, mały”.

Do tego, po czterdziestce Jacek został całkowitym sierotą. I tak litowały się nad nim te dobroduszne kobiety…

Trwało to aż do dnia, kiedy poznał Grażynę. Grażyna była kobietą z wielkiej litery „K”. Nie zauważyć jej było absolutnie niemożliwe!

Zbiegły się w niej w jedno i wysoki wzrost, i wyraziste atuty, i donośny głos. Była wspaniała!

Jacek beznadziejnie się zakochał. Bał się do niej nawet podejść. Kim on jest dla niej? Pchłą, bladą molą, molekułą! Ale życie ma osobliwe poczucie humoru. I kierując się nim, postanowiło połączyć małego, nieśmiałego cherlaka z wielką, hałaśliwą Grażyną.

Sposób na to życie wybrało dość oklepany, ale skuteczny. Tyle przykładów, gdy ratujący zakochuje się w ratowanym! Dużo! I Grażynie dane było razu pewnego uratować Jacka…

A było to tak. Jacek stał w kolejce do kasy. Za kasą zasiadała wspaniała Grażyna. Jacek bladł, czerwieniał, denerwował się, przekładał z ręki do ręki karton mleka.

Tu z tyłu zjawili się dwaj młodzi gówniarze z paroma butelkami czystej, odepchnęli ramieniem wątłego Jacka:

— Będziesz za nami, dziadku. Spieszymy się, — rzucił jeden.

W każdy inny dzień Jacek przepuściłby ich w milczeniu, ale nie dziś. W końcu patrzyła na niego sama Grażyna!

— No, panowie, do kolejki. Ja też nie mam całego dnia, — zapiszczał.

— Nie pitol! Powiedzieliśmy: będziesz za nami, to będziesz! — jeden z chłopaków postawił już swoją butelkę na taśmie.

Drugi dla pewności odwrócił się i lekko pchnął Jacka w klatkę piersiową:

— Zachowaj dystans, dziadku!

Jacek spurpurowiał, otworzył usta, ale go ubieżono:

— W kolejce! — huknęła Grażyna zza kasy. — I w ogóle, młodzieńcy, poproszę wasze dokumenty! Może ja w ogóle nie mam prawa sprzedać wam alkoholu!

Napastnicy Jacka speszyli się:

— No co pani, u nas w domu siedmioro na głowę, a pani dokumenty! — próbował zażartować jeden.

— Słuchajcie, „młodzi ojcowie”, nie zawracajcie mi głowy. Albo potwierdzicie pełnoletność, albo spadajcie do mamy i taty, — rozkazała Grażyna.

Za Grażyną już ożywiał się znudzony ochroniarz Zenek. Więc „młodzi ojcowie”, klnąc pod nosem, woleli się wycofać.

— Co za bezczelne gówniarze! — rzuciła ze złością Grażyna.

A potem spojrzała na Jacka i już łagodnie dodała:

— Dawaj, Jacek, nabiję ci. Bo faktycznie na obiad nie zdążysz. A jeść musisz, boś strasznie chudy. Nawet ta drobnica na ciebie napada.

— Dziękuję… — wybełkotał Jacek.

Chciał zapaść się pod ziemię.

„Koniec, teraz nie mam nawet bladej nadziei, że Grażyna na mnie spojrzy. Musiałem się tak skompromitować. Gówniarzy się bałem! Choć skąd miałem wiedzieć, że to gówniarze, tacy wielcy!” — przeżywał Jacek.

Ale okazało się zupełnie odwrotnie.

Od tego dnia Grażyna zaczęła odnosić się do niego inaczej. Uśmiechała się, kokietowała, obiady z domu zaczęła mu nosić. Reszta sklepowych pań się wycofała. Jacek nie wiedział, co Grażyna w tym celu zrobiła. Tylko raz usłyszał, jak kobiety szeptały:

— Nasza myszka stała się łupem Grażyny.

— No i dobrze, niech będzie. Może go sobie weźmie, a tam, patrzcie, odkarmi jak trzeba.

Jacka status łupu nie zmartwił zbytnio:

„Znaczy, że jestem jej drogi! — uznał. — Znaczy, że mnie ceni. A tam już do miłości tylko krok. Póki co moja miłość wystarczy. Dla nas dwojga starczy”.

Ta myśl popchnęła Jacka do zdecydowanych działań. I, depcząc po gardle swojej nieśmiałości, zaprosił Grażynę na randkę.

Ta się zgodziła. Słowo za słowo, spotkanie za spotkaniem – zaczął się romans, a potem i wesele…

Tyle że życie rodzinne Jacka rozczarowało. Grażyna od razu ustanowiła się głową rodziny. I wszystko byłoby nic, tyle że tę właśnie głowę Grażyna pojmowała bardzo swoiście.

W jej rozumieniu powinna ona nie tylko wszystko decydować i kontrolować, ale też miała pełne prawo wychowywać i karać.

Oj, ileż razy Jackowi się od niej dostawało za lada przewinienie. To żyrandol źle powiesił, to podłogę źle wytarł, to talerza po sobie nie umył…

Jacek znosił. Mimo wszystko kochał swoją wybawicielkę-Grażynę. I bardzo chciał, żeby jego też kochano. Miał nadzieję, że może być inaczej. Że się dotrą i będą żyć w zgodzie.

Iluzje, jak i resztki miłości, wybił Jackowi jeden jedyny kuksaniec.

— Gryzmoł, cherlaku, mizeraku! — krzyczała Grażyna tamtego wieczoru. — Ty w ogóle umiesz coś zrobić normalnie? Milczysz? A szkoda! Lepiej mi powiedz, gdzie znajdę drugą taką filiżankę?

To była po babci, stara, moja ulubiona. Łapska masz krzywe, naczyń umyć nie umiesz! Ech, brakuje mi do ciebie cierpliwości…

Jacek nie zdążył odpowiedzieć. Kiedy Grażynie skończyły się słowa, przeszła do czynów! Rękę miała ciężką.

Ale jak tylko Jackowi wyjaśniło się w głowie, zrozumiał: „Czas się rozstać! Wycierpiałem się w dzieciństwie!”

Z awanturami i kłótniami rozwiedli się. Jacek po raz kolejny rozczarował się do ludzi i poprzysiągł sobie nigdy więcej się nie zakochiwać…

Bari też życie biło. I to zupełnie niezasłużenie. Była cudna: czarna, długa, wielka. Całe dwanaście kilogramów szczęścia!

Tylko czemuś nikt nie potrzebował tak dużo szczęścia. I Bari wędrowała z rąk do rąk…

Pierwszemu właścicielowi nie podobał się jej wygląd:

— To jakiś wyrośnięty jamnik, a może superjamnik! Krótko mówiąc, niekonfekcja. Nie przejdzie. Nigdy nie marzyłem o kundlu.

Szybko więc pozbył się Bari, oddając ją koledze.

— Co to za rasa? Jamnik-przerost? — zażartował tamten. — Zdrowa! Matka na pewno z bassetem zgrzeszyła. A jaka szczekliwa! No i dobrze, będzie pilnować działki.

Ale pilnować Bari nie potrafiła. Owszem, głos basowy, groźny. Ale szczekała nie wtedy, gdy widziała potencjalnych wrogów i złodziei, ale wtedy, gdy jej się podobało.

— Bezmyślny pies z ciebie, — besztali ją. — Pusty szczekacz! Żresz dużo, pilnować nie umiesz. Za to wszystkie kwiaty podeptałaś i trawnik rozkopałaś. Musimy ci innego pana znaleźć.

Z trudem, ale nowy pan się znalazł. Właściwie pani. Starsza, pod każdym względem miła, ale bardzo niesprawna. Bari poprzysięgła sobie, że będzie grzecznym psem. Ale znów się nie udało…

Bari swojej szczególnej winy w tym nie widziała. No, nie wytrzymała raz, pognała za kotem, szarpnęła smyczą mocniej niż trzeba, pani upadła.

Ale przecież Bari nie ze złości – instynkty. I pani odczuła tylko lekkie przerażenie, dzięki Bogu. Czy to powód do rozstania? Ale ludzie to istoty niezrozumiałe.

— Nie dam sobie z nią rady! — skarżyła się komuś przewrócona pani przez telefon. — Życie mi miłe. Znajdź jej gdzieś dom. A to wypuszczę na ulicę.

I ów ktoś widocznie się postarał. Bari dostała rodzinę. Prawdziwą rodzinę z trzech osób: mężczyzna, kobieta i dziecko.

— Bari, nie krzywdź Andrzejka! — nakazał mężczyzna-właściciel. — Bo dostaniesz po dziurki w nosie.

Bari nie zamierzała krzywdzić małego człowieczka. Za to on miał wobec psa swoje plany:

— Będziesz konikiem, — oznajmiał czteroletni Andrzejek i próbował okrakiem usiąść na Bari.

Ta wyrywała się i warczała. Była co prawda duża, ale na konia nie wyglądała.

Andrzejek złościł się i ryczał. Pani-właścicielka denerwowała się i krzyczała. Pan-właściciel chwytał za pasek. Bari chowała się. Wtedy pan-właściciel czerwieniał, krzyczał i groził, że odda Bari do schroniska…

Niewiadomo, jak by się to skończyło, ale raz do pana-właściciela przyszedł kolega. Bari wtedy wygramoliła się spod łóżka, żeby zobaczyć, kogo przywiało.

Kolega pana okazał się małym, chudym człowieczkiem o imieniu Jacek.

„Jakiś cherlak, — pomyślała Bari. — Mój jest o wiele większy. Pewnie ten człowieczek też jest niekonfekcją, jak ja”.

— Cześć, wieki cię nie widziałem, Pawle, — Jacek uściskał pana Bari. — U ciebie, widzę, kolejny nabytek. Psa sprawiłeś? A ja właśnie z żoną w końcu się rozstałem.

— Gratuluję, dawno trzeba było! A ja chcę się „rozstać” z tym psem. Sto razy już żałowałem, że go wziąłem, — westchnął Paweł. — Niewychowany, zły, na Andrzejka warczy, a jak zaczniesz besztać – pod łóżkiem się chowa. Krótko mówiąc, myślę, żeby go oddać.

— No co ty? Po co od razu oddawać? — Jacek ze współczuciem popatrzył na Bari. — Niewychowany, mówisz. A wychowywałeś go? Besztać i karać to nie wychowanie.

Trzeba by go do behawiorysty. Ja co prawda nie jestem psiarzem… Ale mnie też próbowano złorzeczeniami i kuksańcami wychować – nie wyszło.

— Jaki behawiorysta, Jacek? Ja na rodzinę nie mam czasu, haruję jak wół! Żonie też nie do tego…

Słuchaj, skoro jesteś taki mądry, może weźmiesz sobie naszą Bari? — wpadł na pomysł Paweł. — Jesteś teraz sam, luźny. Wychowuj sobie do woli. No co? Świetny pomysł. Wszystkim dobrze: i nam, i Bari, i tobie!

— Wziąłbym, tylko czy ona zechce. Przecież się do was przyzwyczaiła? — Jacek spojrzał pytająco na Bari.

„A on mi się zdecydowanie podoba, — pomyślała Bari. — Rozsądnie mówi, żadnych dzieci nie ma, jak zrozumiałam, i sam niestandardowy. Znaczy, szybciej niż inni mnie pojmie! Trzeba pokazać, że jestem za!”

I machnęła parę razy ogonem.

— Patrz, nie ma nic przeciw! — ucieszył się Paweł. — Miejmy nadzieję, że dasz sobie z nią radę. A tam, patrz, na jakimś psiym polu spotkasz swoją los.

— Tego nie trzeba. Najadłem się, — machnął ręką Jacek.

Wieczorem on i Bari poszli do domu we dwoje…

Okazało się, że dać radę z Bari jest o wiele łatwiej niż z byłą żoną. Nie psuła, nie darła się o byle co, i już na pewno nie puszczała łap.

Jeśli czegoś nie rozumiała za pierwszym razem, rozumiała za drugim. Ponadto, kochała Jacka! Był dla niej wszystkim: przyjacielem, panem, całym światem.

Razem chodzili do szkoły dla psów, spacerowali na wybiegu, uczyli się, bawili, rozmawiali. I Jacek był szczęśliwy, że los tamtego wieczoru pchnął go do starego szkolnego przyjaciela.

„Psy są na pewno lepsze od ludzi, — myślał Jacek. — Bari jest tego dowodem. Mądra, śliczna, posłuszna. No, może niezupełnie posłuszna, ale to da się poprawić”.

Jednak myślał tak krótko. Okazało się, że i wśród ludzi trafiają się wspaniałe osobniki: dobrzy, wrażliwi, pomocni.

Po prostu wcześniej Jacek nie wiedział, gdzie oni bywają. A teraz odkrył – na psiych polach jest ich mnóstwo. Z wieloma Jacek się poznał dzięki Bari. Z niektórymi się zaprzyjaźnił.

I kto wie, co przyniesie przyszłość: może przyjdzie dzień, i zakocha się w jakiejś właścicielce pinczera czy doga. Nie od razu. Ale Jacek tego nie wyklucza. Czasem to, co wydaje się naszym największym niepowodzeniem, okazuje się początkiem najlepszej przygody. Wystarczy otworzyć serce na drugą istotę i dać sobie szansę na nowy początek.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Mięczak i superjamnikMięczak, ku swojemu zdziwieniu, odkrył, że superjamnik potrafi nie tylko tropić, ale i latać.