Płyta dla Bożeny

Dzieci z domu dziecka przy ulicy Cegielnianej nazywały ją „ciocia Ala”. Alicja Chmiel, świeżo po pedagogice, trafiła tam na zastępstwo w środku października. Placówka pachniała kapustą z kotłowni, a na parapetach stały pelargonie, które podlewała woźna, pani Henia. To była jej pierwsza praca.

Pierwszego dnia dostała pod opiekę grupę ośmiorga dzieci. Wśród nich — czwórkę rodzeństwa Stasiaków: Bożena, Kuba, Szymek i najmłodsza Mela. Przyjechały z interwencji w starej kamienicy przy Piotrkowskiej. W pokoju, który zajmowały, nie było mebli poza materacem i jedną szafą. Dzieci jadły zimną fasolkę z puszki, otwierały ją nożem. Bożena, najstarsza, gotowała na kuchence turystycznej, gdy zjawiła się policja i pracownicy MOPS-u. Miała trzynaście lat i umiała przewinąć niemowlaka, rozpalić ogień i rozpoznać, czy jedzenie nie jest zepsute. Nie umiała czytać.

Alicja pamiętała swój pierwszy dyżur nocny. Dzieci po kąpieli dostały czyste piżamy. Mela, trzyletnia, patrzyła na łóżko jak na coś obcego. Obeszła je dookoła, dotknęła kołdry. Potem położyła się na podłodze, pod kaloryferem, i zasnęła z kciukiem w buzi. Nikt z rodzeństwa nie potrafił spać na łóżku.

Przez pierwsze tygodnie Stasiaki chowały jedzenie. Kuba wkładał kromki chleba do kieszeni bluzy, Szymek chował jabłka pod poduszkę. Pani Henia, która rano ścieliła łóżka, znajdowała zasuszone skórki i nadgryzione kawałki. Nie krzyczała. Brała miskę z ciepłą wodą, myła chłopcu ręce, a potem mówiła: „Nikt ci tu nie zabierze. Zjesz przy stole”.

Alicja uczyła je wiązać buty, trzymać widelec, myć zęby. Bożena siadała przy oknie w świetlicy i patrzyła na tramwaje. Pierwsze zdanie, które napisała w zeszycie, brzmiało: „Nie chcę wracać”. Alicja starała się jej nie poprawiać.

Po trzech miesiącach dzieci zaczęły mówić. Kuba pierwszy raz powiedział „dziękuję”. Szymek przestał siusiać w nocy. Mela zaczęła zasypiać w swoim łóżku, ale tylko wtedy, gdy Bożena trzymała ją za rękę.

Matka zjawiła się w maju. Alicja akurat wieszała pranie w dyżurce, gdy usłyszała dzwonek przy furtce. Stała tam kobieta w rozciągniętym swetrze, bez jednego przedniego zęba. Śmierdziało od niej tanim winem i dymem. Trzymała w ręku reklamówkę z logo sklepu mięsnego.

— Do dzieci — powiedziała.

Alicja chciała powiedzieć, że nie ma takiej możliwości. Ale zanim otworzyła usta, zza jej pleców wybiegły dzieci. Kuba pierwszy, potem Szymek, na końcu Mela, która przewróciła się o próg. Objęły matkę za kolana, a ona stała chwiejnie i gładziła ich po głowach. Bożena została w drzwiach. Stała z rękami w kieszeniach bluzy i patrzyła.

Matka wyjęła z reklamówki cztery cukierki. Zwykłe, owocowe, po dwadzieścia groszy za sztukę. Dzieci rzuciły się na nie jak na skarb. Alicja zacisnęła palce na misce z praniem.

— Przychodzi pani po czterech miesiącach — powiedziała. — Z cukierkami.

Kobieta podniosła na nią oczy. Były mętne, bez wyrazu, jak u ryby wyciągniętej z przerębli.

— A ty, pani, to wiesz, co to matka? — zapytała. — Ja ich urodziłam. Ja ich kocham. A wy mi ich zabraliście.

— Kocha ich pani? Oni nie umieli spać na łóżku. Jedli chleb z kieszeni.

— No i co? Głodne nie chodziły.

Alicja poczuła, że drży jej ręka. Miała ochotę zatrzasnąć furtkę. Ale wtedy zobaczyła Bożenę. Dziewczynka podeszła do matki, wzięła od niej jednego cukierka, odwróciła się i poszła do budynku. Nie powiedziała ani słowa.

— Bożena kazała mi powiedzieć, że nie ma pani wstępu na teren placówki — usłyszała głos pani Heni. Woźna wyszła z biura z kluczami w dłoni. — Proszę stąd iść.

Matka popatrzyła na nią, potem na dzieci. Mela zaczęła płakać. Kobieta wzruszyła ramionami, rzuciła reklamówkę na ziemię i poszła w stronę przystanku. Alicja patrzyła, jak odchodzi, zataczając się na wysokich obcasach. Pani Henia podniosła reklamówkę. W środku były jeszcze trzy cukierki i paragon z monopolowego na dwie butelki wina. To wtedy Alicja zrozumiała, że są sprawy, na które nie ma wpływu.

Bożena dorastała szybciej niż inne dzieci. Wyróżniała się. Nie urodą — była wysoka, chuda, miała wystające zęby i rude, wiecznie splątane włosy. Ale miała coś w sposobie, w jaki patrzyła. Koncentrację. Gdy czytała, nie słyszała, co się dzieje wokół.

Alicja przywiozła jej w prezencie na święta sukienkę. Swoją, z czasów studniówki. Była za duża, ale Bożena włożyła ją i stanęła przed lustrem w łazience. Patrzyła na siebie przez pięć minut, nie mrugając. Potem odwróciła się do Alicji i powiedziała:

— Będę kimś.

— Kim? — zapytała Alicja.

— Nie wiem. Ale nie będę nią.

Nie powiedziała „mamą”. Powiedziała „nią”.

Alicja wierzyła jej. Bożena uczyła się nocami. Zdawała egzaminy z najlepszymi wynikami w szkole. Potem dostała stypendium, studiowała prawo w Łodzi. Mieszkała w akademiku, potem wynajęła stancję na Widzewie. Pracowała w kancelarii, zarabiała. Była pierwszą osobą z tego domu dziecka, która kupiła własne mieszkanie. Kawalerkę na Bałutach, dwadzieścia siedem metrów. Alicja odwiedziła ją raz. Na ścianie stał regał z książkami, a w kuchni pachniało cynamonem. Bożena piekła wtedy szarlotkę. Miała dwadzieścia cztery lata i wyglądała jak inna kobieta. Zęby naprawione, włosy ścięte. Alicja patrzyła na nią i myślała: „Udało się. Naprawdę się udało”.

Potem Alicja wyjechała do Warszawy. Pracowała w poradni, wyszła za mąż, urodziła dwóch synów. Dostała wiadomość od Meli. Krótka: „Ciocia Ala, Bożena nie żyje”.

Zadzwoniła. Mela mówiła przez łzy, że Bożena wyszła za mąż za jakiegoś adwokata, potem rozwiodła się, potem zaczęła pić. Najpierw wino, potem wódka. Straciła pracę, mieszkanie. Przez dwa lata mieszkała u Meli, aż ta nie wytrzymała.

— Znalazłam ją na klatce schodowej — mówiła Mela. — Spała na wycieraczce. Zawiozłam ją na detoks. Uciekła po trzech dniach. Potem zniknęła. A wczoraj dostałam pismo z zakładu pogrzebowego. Znaleziono ją w pustostanie przy Cegielnianej. Umarła z wychłodzenia i zatrucia alkoholem. W ogóle nie miała dokumentów. Zidentyfikowali po odciskach.

Alicja siedziała na podłodze w kuchni, telefon przy uchu. Nie płakała. Liczyła płytki na podłodze: trzydzieści cztery.

Pojechała na pogrzeb. Było zimno, padał deszcz ze śniegiem. Na cmentarzu w Łodzi stało może piętnaście osób. Mela, nieobecni wzrokiem bracia, kilkoro starych pracowników z domu dziecka. Ksiądz mówił coś o miłosierdziu. Alicja nie słuchała. Patrzyła na trumnę. Bożena miałaby czterdzieści dwa lata.

Po pogrzebie podeszła do Meli. Dziewczyna była dorosła, miała dwadzieścia osiem lat. Pracowała w kwiaciarni na Gdańskiej. Uściskały się.

— Masz coś, co po niej zostało? — zapytała Alicja.

Mela podała jej reklamówkę. W środku był zeszyt. Zwykły, w kratkę. Alicja otworzyła go w pociągu do Warszawy. Bożena pisała w nim listy. Nigdy niewysłane.

Na pierwszej stronie: „Ciocia Ala powiedziała, że będę kimś. A ja jestem nikim. Nie chcę, żeby to czytali bracia. Wstydzę się”.

Na czwartej stronie: „Pamiętam, jak mama przyszła z tymi cukierkami. Wszyscy się cieszyli. A ja wiedziałam, że za chwilę pójdzie. I nie poczeka, aż zjem. I nie zapyta, co lubię. Bo ja lubiłam czekoladowe. A ona kupiła owocowe”.

Na ostatniej: „Jak jestem pijana, to nie czuję zimna. I nie czuję, że jestem tą, która śpi pod kaloryferem. Przepraszam. Nie umiem inaczej”.

Alicja zamknęła zeszyt. Spojrzała za okno. Pociąg mijał las. Myślała o tym, że czasem człowiek ucieka od czegoś, co i tak ma w środku. I o tym, że nie każdego da się uratować. Ale pomyślała też, że Bożena przez dwadzieścia lat budowała coś z niczego. I że to coś istniało naprawdę — nawet jeśli na końcu zostały z tego tylko listy w zeszycie.

Zadzwoniła do prawnika z kancelarii swojego męża. Umówiła się na następny dzień. Potem weszła na stronę urzędu miasta i sprawdziła zasady dotyczące grobów. Zadzwoniła do zakładu pogrzebowego, który organizował pochówek.

— Mówi Chmiel. Alicja Chmiel — powiedziała. — Chciałabym opłacić pomnik i miejsce na cmentarzu. Dla Bożeny Stasiak. Tak. Pojedyncza płyta. Na ile lat? No właśnie, chcę opłacić na dwadzieścia. Z góry. Ile to wynosi?

Po drugiej stronie chwila ciszy, szelest papierów.

— Osiem tysięcy czterysta — padło w końcu.

— Dobrze. Proszę wystawić fakturę.

Zanim odłożyła słuchawkę, powiedziała jeszcze:

— I proszę wygrawerować na płycie: „Byłaś kimś”. Bez nazwiska. Tylko te dwa słowa. Wie pani, bez kropki.

Następnego dnia poszła do banku i zrobiła przelew. Osiem tysięcy czterysta złotych. Za dwadzieścia lat, kiedy Bożena miałaby sześćdziesiąt dwa, ktoś może przechodzić obok i zobaczy napis. Bez nazwiska. Dla wszystkich, którzy nie wiedzieli.

Trzymała w ręku zeszyt. Pomyślała, że nie pokaże go braciom. Zamknie w szafce w kuchni, obok tych czterech cukierków, które kiedyś rozdała w świetlicy.

A potem zadzwoniła do Meli.

— Przyjedź w sobotę — powiedziała. — Pojedziemy na cmentarz.

— Po co?

— Bo chcę, żebyś zobaczyła. I żebyś wiedziała: ja też go nie uratowałam. Ale mogę zrobić to.

W sobotę, na cmentarzu, stały dwie kobiety. Jedna trzymała w ręku białą różę. Druga patrzyła na nową płytę. Było cicho, tylko w oddali jechał tramwaj. Alicja odgarnęła z płyty mokry liść.

Mela zapytała:

— Myśli pani, że jej to coś da?

Alicja pokręciła głową.

— Jej już nic nie da. Ale mnie. Mnie przypomni, żeby nie myśleć, że można zamknąć człowieka w cudzym kaloryferze. I że każdy ma swoje dwadzieścia lat, które może wygrać.

Nie powiedziała tego. To przyszło jej do głowy, ale nie powiedziała. Zamiast tego wzięła różę od Meli, położyła ją na płycie i powiedziała:

— Widzisz? Ma piękne miejsce. Dokładnie tu, gdzie chciała być.

A Meli, która nie pamiętała, że Bożena jako dziecko rysowała na marginesach zeszytów cmentarne anioły, zrobiło się zimno.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Płyta dla Bożeny