Miałem w życiu sporo pecha. Wychowywał mnie tylko ojciec, który nie widział nic poza butelką, od szkoły średniej musiałem pracować na pół etatu. Na studiach ciężko pracowałem, żeby otrzymać stypendium i opłacić akademik. Umawiałem się z dziewczynami, które czasami mnie karmiły i pomagały mi jakoś przetrwać.
I w wieku dwudziestu jeden lat poznałem pięćdziesięcioletnią Renatę. Była profesorem na naszej uczelni, ale z innego wydziału, i to dobrze zrobiło naszemu związkowi. Lubiła mnie. Od początku wiedziałem o jej małżeństwie, ale nie obchodziło mnie to zbytnio, jak długo chodziliśmy do restauracji, a ona podsuwała mi jakieś pieniądze wszystko było ok.
Myślałem, że to krótki romans, który szybko się skończy, ale Renata zakochała się we mnie. Dbała o mnie pod każdym względem, utrzymywała mnie i pozwoliła mi zamieszkać w mieszkaniu, które odziedziczyła po swojej matce.
Miałem do tego ambiwalentny stosunek: mieszkanie było lepsze niż akademik, Renata dostarczała artykuły spożywcze raz w tygodniu, spędzaliśmy razem czas, ale z drugiej strony zaczynałem nie lubić jej towarzystwa. Zmuszałem się, żeby się do niej uśmiechać i mówić, że ją kocham, kiedy w rzeczywistości ledwo mogłem z nią wytrzymać.
W ciągu czterech miesięcy tego związku znalazłem nową dobrą pracę na pół etatu, moje studia stały się łatwiejsze i wszystko zdawało się iść dobrze, ale mąż Renaty dowiedział się o wszystkim. Złożył pozew o rozwód, a Renata jest z tego powodu szczęśliwa. Pakuje się, żeby wprowadzić się do mnie, mamy zamieszkać razem.
Uważa, że będziemy żyć szczęśliwie razem jako para, ale czym innym jest spotykanie się z nią raz w tygodniu, a czym innym wspólne mieszkanie. Nie jestem gotowy na małżeństwo z pięćdziesięciolatką, w ogóle o tym nie myślałem. Nie wiem, co teraz zrobić — wyprowadzić się, zanim będzie za późno, czy wytrzymać, żeby stanąć na nogi, póki mam takiego sponsora?







