Kobieta, która śpiewa wielbłądom

Moją matkę w mongolskich stepach nazywano „Khooslon". To nie jest imię. To rola. Ktoś, kto umie rozmawiać ze zwierzętami, gdy ludzie już dawno poddali się i wrócili do jurty napić się herbaty z mlekiem klaczy. Całe dzieciństwo wracałem ze stada z kołtunem kurzu we włosach i z tą jedną sceną przed oczami: matka siedzi na piasku przed wielbłądzicą, gra na morin chuur, a wiatr niesie jej głos przez pustynię jak dym z ogniska. W Polsce, w Zabrzu, gdzie teraz sprzątam klatki dla zwierząt w schronisku przy ulicy Bytomskiej, nikt nie wie, co to znaczy.

Raz przywiozłem do domu karton ze szczeniakiem porzuconym za peronem dworca w Gliwicach. Matka wyjrzała przez drzwi i powiedziała tylko: „Znowu ktoś, kogo matka nie chciała". Potem wzięła szczeniaka pod pachę, zaniosła do kuchni i śpiewała mu coś, czego nie znam, nad miską z ciepłym mlekiem. Nie znam, bo śpiewała w języku, którego mnie nigdy nie nauczyła.

To było czternaście lat temu. Teraz matka leży w hospicjum na Płd. i już nie rozpoznaje mojej twarzy. W poniedziałki po pracy jadę do niej autobusem linii 81, kupuję jej w kiosku przy wejściu wodę mineralną „Żywiec Zdrój" i siadam obok łóżka. Ona patrzy w okno, za którym jest parking, i milczy. Czasem mówi: „Widzisz te góry?" — a tam jest tylko mur z klimatyzacją i antena. W takie dni wracam do domu i długo stoję pod drzwiami, zanim znajdę klucze w kieszeni.

W zeszły czwartek zmieniłem zamek w drzwiach jej mieszkania. Nie dlatego, żeby ją okraść — mieszkanie i tak jest przepisane na mnie, jedynego syna. Matka zrobiła to u notariusza, kiedy jeszcze rozpoznawała kalendarz. Zmieniłem zamek, bo dowiedziałem się, że jej sąsiadka z parteru, pani Halina, wchodzi tam pod pretekstem „podlania kwiatów", a potem dzwoni do mojej matki i opowiada, co zabrała. Albo raczej: zabiera i czeka, aż stara zapomni. Kiedy powiedziałem o tym ordynatorowi, on tylko podniósł brwi i powiedział: „Panie, to nie jest miejsce na wyrzuty".

Tydzień później pani Halina przyszła do hospicjum i urządziła scenę przy łóżku. Pielęgniarka weszła, a ona stała nad matką z torebką w obu rękach i mówiła podniesionym głosem: „Wie pani, co pani syn zrobił?! Dom zamknął! Pani by tego nie chciała! Pani własnych kwiatów!" Matka obróciła twarz do okna i powiedziała: „Tam idzie kobieta z wielbłądem". Pani Halina zmrużyła oczy. Pielęgniarka dotknęła jej ramienia, a ja wyszedłem na korytarz, żeby nie krzyczeć.

Wieczorem wróciłem do mieszkania matki. Nie po to, żeby coś wynieść. Po to, żeby zrobić jedną rzecz, która przyszła mi do głowy, jak tylko zapaliłem światło w przedpokoju i zobaczyłem na wieszaku jej kurtkę z futrzanym kołnierzem. Poszedłem do kuchni, zdjąłem z półki blaszane pudełko po herbacie, w którym matka trzymała rachunki. Znalazłem kopertę z napisem „Na wielbłądy". W środku było osiem tysięcy dwieście złotych. Zbierała dwadzieścia lat. Na co? Nigdy nie powiedziała. Ale ja wiem. W Mongolii są ludzie, którzy utrzymują się z nauki śpiewu wielbłądom. Matka im ufała. Posłała im pieniądze, odkładała co miesiąc, a ja o niczym nie wiedziałem. Włożyłem kopertę do kieszeni kurtki i wyszedłem.

Rano zaniosłem gotówkę do banku na placu Wolności i zrobiłem jeden przelew. Odbiorca: fundacja w Ułan Bator zajmująca się ochroną wielbłądów dwugarbnych. W tytule przelewu wpisałem imię i nazwisko matki oraz słowo „Khooslon" — tak nazywano tam kobiety, które umiały nakłonić samicę odrzucającą młode, żeby jednak je przyjęła. Przelew poszedł. Potwierdzenie wydrukowałem w dwóch egzemplarzach. Jeden schowałem do pudełka po herbacie, drugi zaniosłem matce.

W hospicjum usiadłem obok łóżka i położyłem jej ten wydruk na kołdrze. Patrzyła na niego dłuższą chwilę. Potem powiedziała coś, czego nie zrozumiałem, coś między polskim a mongolskim, i zamknęła oczy. Nie wiem, czy to był sen, czy wspomnienie z dzieciństwa, ale kąciki jej ust drgnęły do góry. Pani Halina stała w drzwiach. Przyszła znowu. Trzymała w siatce pelargonię, którą zabrała z mieszkania matki.

— To jest pani roślina — powiedziałem. — Proszę ją odnieść.

Postawiła doniczkę na parapecie.

— Ja tylko podlewałam — powiedziała cicho.

Nie odpowiedziałem. Matka spała. Wtedy pani Halina zrobiła coś dziwnego. Usiadła na krześle po drugiej stronie łóżka, złożyła ręce na torebce i zaczęła nucić. Cicho, bez słów. Najpierw myślałem, że to „Sto lat", bo w hospicjum ciągle ktoś śpiewa. Ale to nie było to. To była ta sama melodia, którą matka nuciła w pustyni. Tylko że pani Halina nie mogła jej znać. Nie ona.

Siedziałem i słuchałem. Matka oddychała równo. Pani Halina patrzyła w sufit i nuciła dalej. W pewnym momencie zorientowała się, że ją obserwuję, i przestała. Wyjęła z torebki chusteczkę higieniczną, otarła czoło.

— To od mojej babci — powiedziała. — Z Wołynia. Śpiewała tak krowom, jak cielęcia nie chciały.

Nie odpowiedziałem. Wstałem, poprawiłem koc na matce i wyszedłem. Na korytarzu pielęgniarka przy windzie jadła kanapkę i rozmawiała przez telefon. „Normalnie, normalnie" — mówiła. Wyszedłem na zewnątrz. Śnieg topniał na chodniku.

W kieszeni miałem klucze do mieszkania matki. Jeden z nich nie pasował do nowego zamka. To był klucz do piwnicy. Zszedłem tam, zanim odjechał autobus. W ciemnym kącie stał stary kufer, o którym zapomniałem. Otworzyłem go. W środku leżał morin chuur. Matka nigdy mi o nim nie mówiła. Instrument pachniał piaskiem. Przesunąłem dłonią po strunach. Nie umiałem grać, ale jeden dźwięk wystarczył, żeby po schodach z góry zszedł sąsiad z pierwszego piętra, pan Leon, i zapytał: „Co to było?".

— Skrzypce — powiedziałem.

— U nas w Zabrzu to wszystko brzmi jak pogrzeb — mruknął i wrócił na górę.

Zamknąłem kufer, wziąłem go pod pachę i zaniosłem do samochodu. Autobus 81 i tak by mi go nie zabrał na pokład. Jechałem przez całe miasto, patrząc na odrapane kamienice, i myślałem o tym, co matka powiedziała przy łóżku. Może to było imię wielbłąda. Może nie. Na wysokości placu Warszawskiego zadzwonił telefon. Pani Halina.

— Panie — powiedziała — a może by pan tak do mnie wstąpił? Zrobiłam bigos. I opowiem panu o tej babce z Wołynia. Bo widzi pan, tam nie chodziło o krowy.

— Przyjadę — powiedziałem. — Ale nie do bigosu.

Rozłączyłem się. Zaparkowałem pod blokiem, wniosłem kufer po schodach do swojego mieszkania i postawiłem go na środku pokoju. Otworzyłem wieko, wyjąłem morin chuur i oparłem go o fotel, tak jak stał w kącie jurty na starych zdjęciach matki.

Wieczorem, wchodząc do windy z siatką zakupów, zobaczyłem swoje odbicie w lustrze i spróbowałem zanucić tę melodię, którą pani Halina nuciła przy łóżku. Fałszowałem okropnie. Za ścianą, na trzecim piętrze, rozszczekał się pies sąsiadów — najpierw jeden ton, potem drugi, jakby coś mu odpowiadał.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Kobieta, która śpiewa wielbłądom