Mój mąż, Wojciech, już piąty rok z rzędu wyjeżdża zarobkowo. Czasem pracuje na ciężarówce w Berlinie, innym razem remontuje w Poznaniu. Ruszył w tę podróż, bo pieniądze były nam potrzebne. Mamy dwóch synów Kacpra i Michała i chcieliśmy im zapewnić jak najlepszą przyszłość. Doskonale rozumieliśmy, że w Polsce nie uda nam się wszystko osiągnąć, więc szukaliśmy lepszych perspektyw za granicą.
I w końcu Wojciechowi trochę się udało. Co miesiąc odsyłał nam paczki z jedzeniem konserwy, kasze, olej, słodycze. Do tego wrzucał mi na kartę trochę pieniędzy, żebym mogła je lokować w banku na odsetki. Zebraliśmy przyzwoitą sumę w złotych, wystarczyło nam to, by kupić starszemu synowi mieszkanie.
Wydawało się, że wszystko idzie dobrze. Aż kilka miesięcy temu poczułam, że coś jest nie tak w moim ciele. Najpierw pomyślałam, że to menopauza, ale nie. Zaczęłam przybierać na wadze, ciągle chciało mi się spać, jadłam za dużo i naszła mnie huśtawka nastrojów. Internet podpowiadał, że mogę być w ciąży. W ciąży w czterdziestkę? pomyślałam. Zrobiłam test i na patyczku pojawiły się dwie wyraźne czerwone kreski.
Nie chciałam nikomu ani synom, ani synowym mówić o dziecku. Po co? By tylko moi bliscy się z mnie śmiały? Żeby mówili, że w podeszłym wieku straciłam rozum? Postanowiłam ukryć ciążę. Zima była już na nosie, ubrałam wszystkie ciepłe i obszerne rzeczy, a pod puchową kurtką nikt nie dostrzegał mojego brzuszka.
Jednak nie chciałam tego maluszka rodzić. Mogłoby się wydawać, że nie mam serca, ale mam 45 lat, nie jestem już młodą kobietą. Mam synów i wnuki, którym chcę poświęcać czas, a nie kręcić się w kółko przy pieluszkach. Poza tym nie mieliśmy środków, by utrzymać trzecią pociechę. Wojciech miałby znowu wyjechać za granicę, a ja nie mogłam bez niego poradzić sobie.
Lekarze powiedzieli, że termin jest już późny i operację robi się bardzo ryzykownie. Nie miałam pewności, czy to nie zaszkodzi mi jeszcze bardziej. Przez jakiś czas starałam się przekonywać samą siebie, że wszystko będzie dobrze. Może Wojciecowi nawet zrobi się radość, że będziemy mieli jeszcze jedną pociechę? Postanowiłam zadzwonić do niego na Skype i podzielić się nowiną. Nie włączyłam kamery, tylko mikrofon.
Halo, Wojtku
To nie Wojtek. To Elżbieta.
Elżbieta? A pan kto jest?
Szanowna, a pan ktoś? Jestem żoną Wojciecha. Czy mogę pomóc? Mąż nie ma, jest w pracy i się spóźnia.
Odłożyłam słuchawkę i zaczęłam gorzko płakać. Takie rzeczy się zdarzają, że facet może zdradzić w dowolnym miejscu i z kimkolwiek. Chciałam od razu napisać pozew o rozwód, wyrzucić wszystkie rzeczy Wojciecha i nie widzieć go nigdy więcej.
Lecz w głowie wciąż żywiła się nadzieja, że kochanek wróci do rodziny, gdy dowie się o dziecku. Wiedziałam, że w lutym ma przyjechać, bo synowie mają urodziny i dostał urlop. Nawet śniło mi się, że spacerujemy we trójkę po parku, a Wojciech trzyma jedną ręką naszą córeczkę, a ja drugą.
Właśnie 14 lutego, w Dzień Zakochanych, Wojtek przyjechał. Przygotowałam romantyczną kolację, postawiłam świece, włączyłam muzykę chciałam stworzyć spokojną atmosferę.
Wojtku, mam dla ciebie niespodziankę. Jestem w ciąży. Mówią, że będzie dziewczynka.
A ty, dróżko! wykrzyknął mąż.
Zaczerwienił się ze wściekłości, przewrócił talerze na podłogę, uderzał pięściami w stół:
To ja tu haruję jak koń na polu, a ty skaczesz po cudzych facetach? I teraz chcesz mi powiesić na szyi tego małego potworka?
Wojtku, wyjaśnię wszystko
Odejdź, nie chcę cię widzieć! popchnął mnie tak mocno, że usiadłam brzuchem na ostry brzeg stołu i spadłam.
Wojciech odszedł, zabrał torbę i huknął drzwiami. Z głowy miałam zawroty, zobaczyłam czerwone krople na podłodze. Brzuch bolał tak, że prawie drętwiał. Z trudem sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam po pogotowie. Czułam, że maluch zaraz przyjdzie na świat.
Kiedy ratownicy przyjechali, już trzymałam w ramionach naszą córeczkę. Dziecko spokojnie leżało, nie płakało, mocno spało.
No i co, mamo, jedziesz z nami?
Nie. Zabierzcie dziecko, nie jest mi potrzebne.
Dlaczego tak?
Tak. Zabierzcie, mówię! To dziecko zrujnowało mi rodzinę! Może ktoś je pokocha, ale nie ja. Wystarczy, weźcie je, nie chcę go widzieć!
Bez żadnych wyrzutów sumienia oddałam dziewczynkę w ręce lekarzy. Zbadali mnie w szpitalu, nie było żadnych rozcięć, poród przeszedł spokojnie. Gdy karetka odjechała, posprzątałam w domu, wzięłam szybki prysznic i poszłam spać.
Żadne z dzieci nie wie, że oddałam córeczkę. Codziennie chodzę do kościoła i modlę się, by nasza dziewczynka rosła zdrowa, by znalazła swoją rodzinę. Bo wiem, że sama sobie nie poradzę. Nie chcę znów odczuwać ciężaru macierzyństwa. Chcę tylko, żeby Wojciech wrócił do domu. Ale już znów wyjechał do Niemiec i rozmawia tylko z synami.
Możecie mówić, że jestem jakaś nienormalna kobieta. Ja po prostu wybieram męża, a nie dziecko. Niech Bóg mnie osądzi.
Przyjaciele, jeśli chcecie przeczytać więcej naszych historii zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o lajku. To nas motywuje do dalszego pisania!







