Gdzie jest moje dziecko?

Michał stał w tym samym miejscu, gdzie pięć minut wcześniej zostawił Jagodę, rozglądał się bezradnie, a w środku narastał mu dziwny, niepokojący ucisk. Jej nigdzie nie było…

Wśród morza dzieci nie potrafił znaleźć jednej jedynej. Swojej córki.

„Nic z tego nie rozumiem” – mamrotał pod nosem Michał. „Gdzie ona się podziała? Przecież odszedłem tylko na pięć minut”. Wtedy dostrzegł Zofię Nowak, wychowawczynię swojej córki, która akurat ustawiała ponure pierwszaki według wzrostu, i podbiegł do niej.

— Gdzie jest moje dziecko?! Dziewczynka z białymi kokardami. Powinna być z panią. A jej nie ma!

Michał był tak zdenerwowany, że nawet nie zauważył, że podniósł głos.

Młoda nauczycielka wzdrygnęła się i spojrzała na niego zaskoczona.

— Przepraszam… Kto konkretnie? Wszyscy moi są na miejscu.

— Moja córka. Jagoda. Była tu przed chwilą, a teraz jej nie ma! Jest w pani klasie. Nie pamięta nas pani?

— Przepraszam, w mojej klasie jest dwadzieścia dziewięcioro dzieci, a widzieliśmy się tylko kilka razy.

— I co z tego?

— Jeszcze nie zdążyłam zapamiętać wszystkich dzieci i ich rodziców.

— I to ma być usprawiedliwienie?

— Słuchaj pan, każdy rodzic osobiście przyprowadził swoje dziecko. A pan… pan nie przyprowadził. Dopiero teraz pan do mnie podszedł. Rozumiem, że zamieszanie i tak dalej, ale… Niech pan lepiej powie, dlaczego zostawił córkę samą? Czy pan nie widzi, ile dziś w szkole ludzi? Tu nie tylko siedmioletnie dziecko, ale i dorosły może się zgubić.

— Na kilka minut wyskoczyłem do sklepu po wodę. Jagoda chciała pić. Wróciłem – a jej już nie ma. No, jest pani nauczycielką! Czy nie powinna pani pilnować dzieci? Gdzie mam jej teraz szukać? Dokąd mogła pójść?

Zofia wzięła głęboki oddech. Był to jej pierwszy dzień pracy, pierwsza własna klasa, a wszystko wydawało się jakimś złym snem.

— Niech się pan uspokoi. Jak wyglądała pańska córka?

— Mówię: miała wielkie białe kokardy.

— Przepraszam, ale w mojej klasie jest piętnaście dziewczynek i wszystkie mają białe kokardy. Są jakieś inne cechy? Na przykład, w co była ubrana?

Michał zamilkł na chwilę. Był tak zdezorientowany i zestresowany, że nie wiedział, co dodać. Rano pomagał córce wiązać te kokardy, poprawiał kołnierzyk, martwił się, żeby nie pobrudziła białych rajstop, a teraz nagle pojął, że ledwie potrafi ją opisać.

— No, jakieś cechy… Dziewczynka siedmioletnia, brązowe oczy, długie ciemne włosy.

— Już lepiej. Może jeszcze coś pan pamięta?

— No… Ma żółty plecak z kaczuszkami! Wie pani, ona lubi zwierzęta, więc wybrała właśnie taki. Inne dzieci na pewno takiego nie mają. Boże, gdzie ona się mogła podziać? – niespokojnie mamrotał Michał, rozglądając się nerwowo.

— Niech się pan nie martwi, będziemy szukać. Na pewno ją znajdziemy. Raczej nie wyszła poza teren szkoły. Pana Jagoda jest gdzieś tutaj. Proszę na mnie poczekać, zaraz wrócę.

Zofia Nowak podbiegła do swoich uczniów, którzy przestępowali z nogi na nogę, czekając na rozpoczęcie uroczystości, przeliczyła dzieci jeszcze raz i przyjrzała się uważnie dziewczynkom. Ale wśród dziewczynek z pięknymi białymi kokardami Jagody nie było, a nikt z nich nie widział dziewczynki z żółtym plecakiem z kaczuszkami.

Poprosiwszy koleżankę – wychowawczynię równoległej klasy – żeby zaopiekowała się jej uczniami, Zofia szybko wróciła do Michała.

— Koledzy z klasy Jagody jej nie widzieli – powiedziała. – Do szkoły nie mogła wejść. Znaczy, że pańska córka musi być na terenie. Proponuję poszukać razem.

— Może lepiej zadzwonić na policję?

— Uważam, że to niepotrzebne. Na pewno znajdziemy Jagodę – odparła Zofia, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie i pewnie. Choć oczywiście też bardzo martwiła się o dziewczynkę.

Tak więc ojciec i nauczycielka ruszyli na poszukiwania Jagody.

Szybko obeszli szkolny dziedziniec, zajrzeli na boisko, kilka razy podchodzili do ochroniarza stojącego przy furtce. Ale na razie bez rezultatu. Nikt Jagody nie widział.

— A czy pańska córka nie ma telefonu? – zapytała Zofia, gdy szli na tył budynku – jedyne miejsce, gdzie jeszcze nie byli.

— Ma, oczywiście – westchnął Michał. – Tylko że jej telefon jest u mnie. Nie zdążyłem go Jagodzie oddać…

— Szkoda… – westchnęła za nim nauczycielka.

— Żeby tylko nic się nie stało… żeby tylko nic jej się nie stało – powtarzał Michał prawie szeptem.

Zofia Nowak nic nie odpowiadała. Myślała o tym, że teraz odpowiada nie tylko za dzieci, ale i za zaufanie rodziców. I jeśli dziecku rzeczywiście coś poważnego się stało…

Tymczasem dziewczynka z białymi kokardami i żółtym plecakiem z kaczuszkami stała na tylnym dziedzińcu szkoły pod wysokim drzewem i rozmawiała z kotkiem, który siedział na gałęzi tuż nad jej głową i nie mógł zejść. Jak go tylko nie namawiała, żeby zeskoczył, a kotek w odpowiedzi tylko żałośnie miauczał.

— No dalej, mały, skacz – mówiła do kotka Jagoda. – Złapię cię. Obiecuję, że złapię.

Kotek niby próbował skoczyć, ale w ostatniej chwili strach paraliżował go i, przytulając się mocniej do gałęzi, zaczynał miauczeć. Tak żałośnie, że Jagoda o mało nie płakała.

Kiedy dziewczynka zrozumiała, że sama nie da rady – pobiegła po pomoc.

A gdy skręciła za róg szkoły, niespodziewanie spotkała tatę i Zofię Nowak. Wyglądali jakoś przejęci.

— Córeczko, gdzieś się podziała? – podbiegł do niej Michał. – O mało nie oszalałem. Co ty tu w ogóle robisz?

— Tato, możesz mnie później zbesztać, dobrze? – odparła Jagoda. – A teraz… Teraz potrzebuję twojej pomocy.

— Co się stało?

— Chodź ze mną.

Wzięła ojca za rękę, drugą ręką pociągnęła Zofię Nowak i pewnie poprowadziła je za szkołę.

Nic nie rozumiejąc, dorośli spojrzeli po sobie i poszli w milczeniu za dziewczynką. W końcu Jagoda zaprowadziła ich pod drzewo i wskazała palcem w górę:

— Tam jest mały kotek. Widzicie? Tato, zdejmij go, proszę.

— Jagódko, a nie chcesz opowiedzieć tacie, jak się tu znalazłaś? Gdzie ci kazałem czekać?

— Kiedy stałam przy płocie i czekałam na ciebie, zobaczyłam, jak jakiś pies goni tego kotka, i pobiegłam za nimi. Kotek ze strachu wlazł na drzewo, a pies na niego szczekał. No to psa przegoniłam… A kotka nie mogę zdjąć.

— Sama przegoniłaś dużego psa? – zdziwiła się Zofia Nowak.

— Mhm – kiwnęła głową Jagoda. – Powiedziałam mu, że zaraz przyjdzie mój tata i jeśli sam nie odejdzie, to mój tata mu pomoże. I poszedł. A kotek tak sobie siedzi, biedny, na górze. Tatku, zdejmiesz go? Ile można stać i nic nie robić? – niecierpliwie tupnęła nóżką. – On się boi…

Michał sceptycznie spojrzał na cienkie gałęzie i stwierdził, że ze swoimi prawie setką kilogramów nie ma tam czego szukać. Inna sprawa – nauczycielka. Szczupła, zgrabna. Ona na pewno by dała radę.

— Czemu pan tak na mnie patrzy? – zdziwiła się Zofia Nowak. – Nie wlezę. Nawet nie sięgnę do gałęzi.

— Podniosę pana – uśmiechnął się Michał.

— Jeszcze czego!

— No proszę – Jagoda wzięła nauczycielkę za rękę. – Niech pani spojrzy, jak on się boi. A jeśli spadnie?

Zofia Nowak podniosła głowę.

Kotek znów żałośnie miauknął, jakby naprawdę rozumiał, że o niego chodzi.

— Dobrze – powiedziała w końcu. – Tylko pod warunkiem – Zofia spojrzała na Michała – że będzie mnie pan trzymał bardzo mocno i nie upuści.

— Obiecuję, że wszystko będzie dobrze – uśmiechnął się Michał.

Zofia Nowak usiadła na szerokich ramionach Michała, ten natychmiast uniósł ją z łatwością, a potem stanęła na ramionach obiema stopami i, trzymając się jedną ręką gałęzi, drugą – przy radosnych okrzykach dziewczynki i jej ojca – z całych sił starała się dosięgnąć kotka.

— Jeszcze trochę… – dopingował ją Michał. – Prawie masz.

Kotek początkowo cofnął się przestraszony, potem zebrał się na odwagę, ostrożnie zrobił krok w jej stronę i…

— Udało się! Udało się! – radośnie zaklaskała Jagoda. – Jaka pani jest dzielna, pani Zofio. Tato, trzymaj ją mocno. Nie upuść.

Kiedy Zofia Nowak w końcu znalazła się na ziemi, Jagoda natychmiast wyciągnęła ręce do kotka i przytuliła go do siebie.

A ten od razu cicho zamruczał.

— No i dobrze – uśmiechnął się Michał. – Dzięki Bogu, wszyscy cali i zdrowi. Ale jak mnie wystraszyłaś, córeczko, tym swoim tajemniczym zniknięciem.

— Przepraszam, tato. Nie chciałam cię straszyć. Po prostu nie mogłam go zostawić samego. Sam by nie zszedł.

Michał spojrzał na Jagodę i pokręcił głową.

Właśnie za to dobre serce kochał swoją córkę nad wszystko na świecie.

— Możemy go wziąć do domu? – zapytała Jagoda, wskazując spojrzeniem na kotka.

— Myślę, że po takiej znajomości trudno będzie odmówić – zaśmiał się Michał.

— To pilnuj go, aż dostanę podręczniki. I uważaj – nie zgub się nigdzie. Żebyśmy potem z panią Zofią nie musieli cię szukać.

Nauczycielka nie wytrzymała i roześmiała się.

— Oj tak… Wyobrażam sobie, jak zdziwi się mama, kiedy wrócicie do domu z tym małym.

— Nie mam mamy… – westchnęła dziewczynka. – Ale bardzo bym chciała, żeby była.

— Przepraszam, nie wiedziałam… – przestraszonym wzrokiem zatrzepotała rzęsami nauczycielka.

— Nic, wszystko w porządku – uśmiechnął się Michał. – Zostawiła nas pięć lat temu. Wyjechała za granicę. I więcej nic o niej nie słyszałem. Znaczy – my z Jagodą więcej o niej nie słyszeliśmy.

Na kilka sekund na tylnym dziedzińcu szkoły zaległa cisza. Zofia milcząco przyglądała się im – dużemu, nieco niezgrabnemu mężczyźnie o dobrych oczach i małej dziewczynce z szarym kotkiem w ramionach, a w jej piersi coś wtedy mocno zakłuło.

— Za to teraz będziemy mieli Kiciusia – powiedziała stanowczo Jagoda, głaszcząc kotka.

— Już wymyśliłaś imię? – uśmiechnął się Michał.

— Jasne. Czy można żyć bez imienia?

*****

Michał zawsze odbierał Jagodę osobiście. Czasem wymieniali z Zofią Nowak zaledwie kilka zdań, czasem rozmowa przeciągała się tak długo, że szkolny dziedziniec zupełnie pustoszał. Rozmawiali o sukcesach Jagody, zabawnych historiach z klasy, książkach, filmach, zwierzętach domowych i stopniowo przestali zauważać, że już dawno nie mówią tylko o szkole.

Pewnego razu Michał, stojąc na korytarzu, poczekał, aż wszystkie dzieci się rozejdą, a potem stanowczo wszedł do klasy.

Zofia Nowak najpierw szeroko się uśmiechnęła, a potem, widząc w jego rękach piękny bukiet, zdziwiła się.

— To dla pani – rzekł Michał ochryple, wyciągając kwiaty. – I jeszcze… Chciałbym zaprosić panią dziś na kolację. Znaczy – my z Jagodą bardzo chcemy, żeby zjadła pani z nami. We trójkę. Co pani na to, pani Zofio?

Nauczycielka zarumieniła się, poczuła, jak zdradziecko pieką ją uszy, ale… kwiaty wzięła.

Pachniały jesienią, domem i – dziwnie – nadzieją. – Dobrze – odpowiedziała po prostu. – Zgadzam się.

Tak samo odpowiedziała Zofia Nowak Michałowi, gdy rok później oświadczył się jej na dobre i na złe.

W Urzędzie Stanu Cywilnego Jagoda ściskała Zofię za rękę i…

…nie mogła przestać się uśmiechać. W tamtej chwili czuła się najszczęśliwszą dziewczynką na świecie.

— A mogę… Mogę teraz nazywać cię mamo?

Młodej kobiecie w oczach stanęły łzy.

— Jeśli sama tego chcesz, to oczywiście, że tak. Dla mnie to będzie najważniejsze słowo.

Jagoda mocno ją przytuliła.

Obok stał Michał i patrzył na nie z uśmiechem.

Kto by pomyślał, że w jednej chwili jego i Jagody życie tak się odmieni?

Ale cuda jednak się zdarzają.

I to cudo, słodkie, puchate cudo, leży teraz na parapecie w mieszkaniu i niecierpliwie czeka, aż jego rodzina wreszcie wróci do domu.

Bo czasem wystarczy odrobina odwagi i dobre serce, by zupełnie odmienić swoje życie – i znaleźć miłość tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Gdzie jest moje dziecko?