Moja córka oświadczyła dziś, że wychodzi za mąż. Ma narzeczonego o imieniu Marek. Zapytałem ją o przyszłego zięcia, czy ma mieszkanie i samochód. Alina powiedziała, że nie ma własnego mieszkania, ale to nie problem, wszyscy zmieściliśmy się w naszym. Samochodu też nie było, ale to nic nie szkodziło, mam go i kiedy trzeba mogę wozić młodych.
Zapytałem córkę, czy nie powinna jeszcze trochę pomyśleć przed ślubem. Alina nie chce tego zrobić, mówi, że Marek jest bardzo dobrym, idealnym kandydatem. Co takiego wyjątkowego jest w Marku?
Okazuje się, że zabiera moją córkę na huśtawki. Tę dobrą wiadomość postanowiłem przekazać żonie – będzie dobrym zięciem, choć mieszkać będzie z nami, huśtawka – to mocny argument.
Moja żona nie była zaskoczona faktem zbliżającego się ślubu, bardziej zakłopotało ją nazwisko pana młodego, okazało się, że w zeszłym tygodniu córka planowała ślub z Maksem. Powód zerwania zaręczyn był banalny – Maks nie ustąpił Alinie swojej kolejki na huśtawkach, natomiast Marek był dżentelmenem.
Temat małżeństwa omówiliśmy z dzieckiem bardzo poważnie, bo jest dorosła, niedługo kończy przedszkole, czas zaplanować ślub. Moja żona poparła zmianę pana młodego, po co nam chciwa osoba w rodzinie, Marek będzie lepszy. Alinę taka solidarność ze strony rodziców bardzo ucieszyła, ale dalsze planowanie ślubu postanowiliśmy odłożyć do rana, bo pora była późna, czas spać. Przed przedszkolem trzeba się wyspać.
Dziecko szybko zasnęło, a my z żoną poszliśmy wypić herbatę i cieszyć się, że nasza córeczka jest mała i na razie mamy mało zmartwień. Rano w przedszkolu postanowiliśmy zapoznać się z Markiem, bo niedługo ma się do nas wprowadzić, a my nic o nim nie wiemy, poza tym, że zabiera Alinę na huśtawki.






