BabciaBabcia zawsze piekła szarlotkę w każdą niedzielę, a jej wnuki czekały na to z utęsknieniem.

Dziś po tygodniowej delegacji w Gdańsku wracałem do Warszawy. Kiedy ogłoszono wsiadanie, wyszedłem na peron. Wszedłem do wagonu i odnalazłem dolną półkę. Układałem się, gdy w przejściu usłyszałem ciężkie sapanie. Odwróciłem się. Przy przedziale stała starsza pani w jesiennym płaszczu i kolorowej chustce, z torbą na kółkach, która wyglądała jak wielki plecak. Łapała powietrze.

„Mamy to” – pomyślałem. „Babcia będzie moją sąsiadką i zaraz będzie chciała dolne miejsce.” A ona, gdy odsapnęła, powiedziała:

– Zobacz, synku, u mnie chyba dolne miejsce.

Rzeczywiście była to dolna półka. Zaczęła się krzątać przy swoich rzeczach. Spojrzałem na nią i oceniłem, że ma dobrze ponad siedemdziesiąt lat. „I w takim wieku jeszcze jeżdżą – pomyślałem. – Czemu to nie siedzi się w domu?”

W końcu usiadła i ułożyła ręce na kolanach, jak uczennica. Wszystkie górne półki w przedziale były puste; pogodziłem się z myślą, że będę jechał ze staruszką, z którą nie ma o czym gadać.

Pociąg ruszył. Wkrótce przyszła konduktorka z pościelą. Kobieta zaczęła starannie rozkładać prześcieradło i poduszkę. Potem usiadła i pierwsza zagadała:

– Nie bardzo umiem spać na takiej pościeli. W domu mam miękkie łóżko, a tu się boki poobija. Od młodości nie jechałam pociągiem, już myślałam, że nigdy się to nie zdarzy.

Kiwnąłem głową i milczałem.

– Nazywam się Zdzisława Krawczyk. A pan jak się nazywa?

– Wiktor Szymański.

– To dobrze, Wiktorze, jesteś młody, mogę mówić po imieniu. Jedziesz w gości?

– Czemu w gości? – zdziwiłem się. – Wracam z delegacji do domu.

– A, do domu to dobrze. A ja właśnie z domu, na stare lata.

Umilkła i patrzyła w okno. Wydawało mi się, że oczy ma pełne łez, choć nie płacze. Zrobiło mi się głupio, że przyjąłem ją tak niechętnie.

– Pani do domu czy z domu? – zapytałem, żeby naprawić swoją oziębłość.

– Z domu, synku, z domu. I czuję się nieswojo. Trochę ponad dobę drogi, a w głowie niepokoje.

– Do kogo pani jedzie?

– Do córki. – Zdzisława wyjęła chusteczkę i otarła łzę.

– Ale trzeba się cieszyć, a pani płacze.

– Cieszę się, ale pięć lat córki nie widziałam. Myślałam, że już jej nie zobaczę.

– Straciłyście się?

– Straciłyśmy, synku, i to z własnej woli. Nasze charaktery w młodości nie dawały nam spokoju, pycha psuła zgodę. Kiedy córka dorosła, przestałyśmy się dogadywać. Wychowywałam ją sama, różnie bywało, kłóciłyśmy się często. Za mąż wyszła pierwszy raz na złość mnie, ale jej się nie ułożyło. Ja zamiast wspierać, tylko jej wypominałam… Tak wyglądało całe nasze życie. Wnuczkę nastawiła przeciwko mnie, wszystko robiła na przekór. Pięć lat temu sprzedała mieszkanie, wyjechała i nie powiedziała dokąd. Chodziłam na policję, zasięgałam informacji, bo przecież wyjechała z wnuczką.

Potem się odezwała: napisała, że dobrze jej się powodzi, że wyszła za mąż, ale żebym jej nie szukała i nigdy nie przyjeżdżała. Z tym ciężarem żyłam. Po latach zrozumiałam, że ja też nie miałam racji. Może nie słuchała, może obrażała się, ale to moja rodzona córka.

A rok temu przyszedł list od Jadwigi – tak córka ma na imię. Napisała, gdzie mieszka, że z mężem dawno się rozwiodła, że sama już jest babcią i pytała o moje zdrowie. Płakałam całą noc, a potem odpisałam, że nie ma dla mnie życia bez nich. Porozmawiałyśmy, wyjaśniłyśmy sobie wszystko i uznałyśmy, że winne jesteśmy obie.

U wnuczki urodziło się dziecko, więc mam prawnuka. Jadwiga pomaga wnuczce we wszystkim, ma pracę, nie może się wyrwać. To mnie właśnie zaprosiła. Co mi zostało? Zamknęłam dom, poprosiłam sąsiadkę, żeby doglądała i napalała w piecu, gdy ochłodnieje. Spakowałam torbę i zdecydowałam się jechać. Nie wiadomo, ile czasu mi zostało, a chcę ją jeszcze zobaczyć.

Słuchałem i milczałem. Myślałem o matce, którą odwiedzam tak rzadko. Mieszka na wsi; tam mieszka też moja starsza siostra. Zawsze uważałem, że siostra przecież jej dopilnuje. A teraz po tej opowieści coś ścisnęło mnie w piersi, ogarnęła mnie tęsknota. Bo jestem synem. Matka za mną tęskni, chciałaby mnie częściej widywać.

Z panią Zdzisławą rozmawialiśmy przez całą drogę, czas minął niepostrzeżenie. Pomogłem jej wysiąść. Na peronie zobaczyłem sympatyczną kobietę, która niespokojnie patrzyła w naszą stronę. Odszedłem. Dwie bliskie sobie osoby spotkały się wzrokiem, objęły się i długo nie mogły się od siebie oderwać. Obie płakały. To było tak wzruszające, że nie miałem wątpliwości: będzie dobrze. Teraz już na pewno.

Odszedłem na bok, chciałem uciszyć wzruszenie, które na mnie spadło. Po tym spotkaniu wiele mi się wyjaśniło. Wyjąłem telefon i wybrałem numer mamy. Po prostu chciałem powiedzieć:

– Mamo, przyjechałem, jestem już na miejscu. W weekend czekaj, wpadnę do ciebie.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
BabciaBabcia zawsze piekła szarlotkę w każdą niedzielę, a jej wnuki czekały na to z utęsknieniem.