Zaczęło się od tego, że Halina Nowak z Białegostoku obudziła się w środę o piątej czterdzieści i zamiast po cichu, jak przez ostatnie trzydzieści dwa lata, wstać, nastawić wodę i przygotować mężowi kanapki do pracy, po prostu leżała dalej. Wpatrywała się w sufit, na pęknięcie biegnące od żyrandola w stronę okna, i słuchała, jak za ścianą sąsiad wierci dziurę w ścianie. Wiertarka wyła, a ona nie czuła po raz pierwszy od dawna, że powinna się już podnieść.
Jerzy, jej mąż, kierownik zmiany w zakładzie produkującym meble tapicerowane, wszedł do kuchni równo o szóstej. Zobaczył pusty czajnik, suchą deskę, a potem stanął w progu sypialni. Miał na sobie szlafrok w kratę, ten sam od dwunastu lat.
– Halina, gdzie kawa?
Ona przewróciła się na bok. Spojrzała na niego, ale bez żalu. Po prostu jak na człowieka, którego przestała się bać.
– Nie wiem, Jerzy. Może w sklepie.
To było we wtorek. W środę po południu, kiedy wrócił z pracy, na stole stała kartka. Na kartce, napisana długopisem, jedna linijka: „Wzięłam swoje dokumenty. Nie szukaj mnie, nic mi nie jest. H."
Wziął tę kartkę i położył na parapecie, bo pomyślał, że to żart. Że Halina pojechała do siostry do Łomży i wróci do wieczora, jak zawsze. Ale wieczorem zadzwonił telefon. To była siostra, Bożena.
– Jerzy, co ty zrobiłeś Halince? Ona tu siedzi i płacze.
– Ja? Ja nic nie zrobiłem. Kawa mi nie zrobiła rano i wyszła.
Bożena westchnęła tak, że w słuchawce zachrzęściło.
– Ty nawet nie wiesz, co to za dzień, prawda?
Jerzy nie wiedział. Dopiero jak odłożył słuchawkę, dotarło do niego, że to trzynasty marca. Dzień, w którym trzydzieści dwa lata temu wzięli ślub w urzędzie stanu cywilnego przy ulicy Warszawskiej. Tyle że on nigdy nie obchodził rocznic. Mówił, że to wymysł bab i wydmuszka handlu. Halina kiedyś próbowała, przyniosła mu kiedyś krawat w kropki. Schował go do szuflady i nie wyjął ani razu. Leży tam do dziś, razem z metką, bo nie chciało mu się odcinać.
Halina wróciła po tygodniu. Ale nie taka jak przedtem. Weszła do mieszkania w bloku przy ulicy Pułaskiego, zdjęła kurtkę, powiesiła ją na tym samym haczyku, a potem usiadła przy kuchennym stole i powiedziała coś, od czego Jerzemu zrobiło się zimno pod kołnierzem.
– Musimy porozmawiać.
I ona naprawdę zaczęła mówić. Nie krzyczała, nie oskarżała. Mówiła, że ma pięćdziesiąt osiem lat i chce się wyspać. Chce iść na spacer do Parku Planty i kupić sobie gofra, bo ma na niego ochotę, a nie dlatego, że akurat są tanie. Chce otworzyć butelkę wina, bo wieczór jest ładny, a nie dlatego, że są imieniny u kogoś, kogo nie znosi. Chce kupić kwiaty do wazonu, bo jej się uśmiechną, a nie dlatego, że trzeba na cmentarz.
Jerzy słuchał i nie rozumiał. Dla niego to brzmiało jak jakaś choroba. Jakby żona nagle zaczęła mówić językiem, którego on nie zna.
– Co to za głupoty, Halina? Kwiaty? Wino? Gofry? Po pięćdziesiątce? Ludzie się z ciebie śmiać będą.
A ona dopiero wtedy podniosła z torby plik papierów. Położyła na stole, obok niedomytej szklanki po herbacie.
– To od adwokata. Chcę rozwodu. Bez orzekania o winie. Podzielmy się tym, co mamy, i nie róbmy sobie więcej krzywdy.
Jerzy wstał. Nie wywrócił krzesła, nie trzasnął drzwiami. Stał i patrzył na nią, a w nim, gdzieś pod żebrami, coś zaczęło się zsiadać, jak mleko w starym garnku.
– Rozwód. W naszym wieku. Po co? Przecież nie mam nikogo innego. I ty też nie masz.
Halina uniosła brwi. Ale nie powiedziała ani jednego złego słowa.
– Właśnie o to chodzi, Jerzy. Nie muszę mieć nikogo. Wystarczy, że mam siebie. A siebie to ja przez te trzydzieści dwa lata chowałam do kieszeni, jak kwitek z pralni, na wszelki wypadek.
Adwokat, mecenas Katarzyna Lis z kancelarii przy Rynku Kościuszki, powiedziała potem Halinie, że sprawa będzie prosta. Mieszkanie spółdzielcze, konto wspólne w banku przy Lipowej, stary opel astra z tysiąc czwartego, działka rekreacyjna pod Supraślem. Żadnych dzieci, żadnych kredytów. Tylko trzydzieści dwa lata milczenia, które w papierach nie ważyło ani grama.
Jerzy nie chciał podpisać. Najpierw prosił, potem groził, że nie odda jej ani złotówki. Potem, w sobotę, poszedł do teściowej, która mieszkała piętro niżej, i powiedział, że Halina dostała pomieszania zmysłów, że pewnie weszła w jakąś sektę, że jak trzeba, to on wezwie pogotowie. Teściowa, osiemdziesięcioczteroletnia Regina, stała w progu i słuchała. Potem zdjęła z palca obrączkę i położyła mu na dłoni.
– Mój Stasiek też myślał, że ja tylko gotuję zupę. A ja mu przez czterdzieści lat chowałam w pudełku po butach pieniądze na wyjazd nad morze. Nie pojechałam nigdy, bo on mówił, że szkoda na to pieniędzy. Teraz on nie żyje, a pudełko leży w szafie i śmierdzi kurzem. Bierz tę obrączkę, Jerzy. Sprzedaj. Dodaj jej do działki, co jej się należy. I daj spokój.
Jerzy stał na klatce schodowej, w której pachniało kapustą i pastą do podłóg, i nie wiedział, co odpowiedzieć. Wszedł z powrotem na górę, nie do swojego mieszkania, tylko na czwarte piętro, bo winda nie działała od nowego roku i schody myliły mu się. Dopiero przy drzwiach zobaczył wycieraczkę z napisem „Witaj", której nie poznawał. Zszedł piętro niżej. W domu usiadł w fotelu i patrzył na telefon jak na przedmiot z innej epoki.
Sąd wyznaczył rozprawę na połowę maja. Halina przyszła w granatowym kostiumie, który kupiła w lumpeksie za trzydzieści osiem złotych. Jerzy przyszedł w tej samej marynarce, w której był na pogrzebie swojego ojca jedenaście lat temu. Sędzina, kobieta w okularach z czerwonymi oprawkami, zapytała, czy strony widzą szansę na porozumienie. Halina zerknęła na Jerzego. Jerzy patrzył w podłogę, na ślad po czyimś bucie przy ławie.
– Tak – powiedziała Halina. – Ja widzę.
– Ja nie – powiedział Jerzy.
Sędzina odroczyła rozprawę. Kazała im porozmawiać z mediacją. Jerzy wyszedł z sądu i czuł się jak przegrany, chociaż przecież wygrał miesiąc zwłoki. Poszedł do baru mlecznego przy ulicy Sienkiewicza, zamówił pierogi ruskie i siedział nad nimi pół godziny, aż skórka zrobiła się twarda jak podeszwa. Nie wiedział, co ma zrobić z rękami, więc wyjmował z kieszeni telefon, włączał ekran i gasił go z powrotem.
Wtedy zadzwonił do syna swoich znajomych, Tomka, który był adwokatem. Nie dlatego, żeby coś ustalać. Po prostu musiał komuś opowiedzieć.
– Jerzy, a ty wiesz, ile znaczy dla ciebie ta Halina? – zapytał Tomek.
– No żona.
– A oprócz tego?
Jerzy chciał powiedzieć: „No nie wiem. Wszystko." Ale nie powiedział, bo jakoś głupio było to wyznać przez telefon, w barze mlecznym, nad pierogami, które już wystygły i wyglądały jak kamienie.
Wrócił do domu. Otworzył szufladę w komodzie, tę samą, w której leżał krawat w kropki. Wyjął go. Odciął metkę nożyczkami. A potem zszedł na dół, do teściowej, i zapukał.
– Niech mi pani powie, Regina, co ja mam zrobić.
Teściowa nie zdziwiła się. Nalała mu herbaty z sokiem malinowym i usiadła naprzeciwko.
– Ja ci powiem, co ty masz zrobić. Masz jej dać święty spokój. Bo ty, Jerzy, nie kochasz Haliny. Ty kochasz swój talerz zupy o piątej po południu. I ciebie nie boli, że ona odchodzi. Ciebie boli, że zupa będzie za późno albo wcale.
Jerzy pomyślał, że to nieprawda. Ale nie mógł znaleźć ani jednego zdania, żeby to powiedzieć. Siedział i czuł, jak mu rośnie w gardle coś twardego, co nie było ani łzami, ani słowami.
Następnego dnia zrobił coś, czego sam się po sobie nie spodziewał. Wziął z półki w przedpokoju kluczyki do astry. Pojechał do Supraśla. Działka była zaniedbana, trawa do kolan, altanka przeciekała od jesieni. Ale Jerzy nie po to przyjechał. Otworzył skrzynkę na listy przy furtce. Była zapchana ulotkami, ale pod spodem, w kopercie, znalazł to, czego szukał: akt notarialny działki. Spisał go przed laty jego ojciec, który tę działkę kupił od gajowego. Jerzy wrócił do domu, przepisał to, co trzeba było przepisać, na czysto, długopisem, na kartce z bloku w kratkę. A potem poszedł do kancelarii pani mecenas Lis i powiedział:
– Niech pani to dołączy. Działka ma iść w całości na Halinę. I samochód też. I połowa konta. Więcej nie potrzebuję.
Pani mecenas zdjęła okulary.
– A pan z czego będzie żył?
– Z kawą o szóstej rano. Jakoś się przyzwyczaję.
Halina nie mogła w to uwierzyć, kiedy jej powiedziono. Przyszła do kancelarii, żeby zobaczyć te papiery na własne oczy. Jerzy już tam był. Stał przy oknie, w tej swojej starej marynarce, i patrzył na Rynek Kościuszki. Odwrócił się, kiedy weszła.
– Halinka – powiedział. A nie mówił do niej „Halinka" od jakichś piętnastu lat. – Ja nie chcę, żebyś ty jechała nad morze w pudełku po butach. Szkoda mi tych czterdziestu lat, co twoja matka je przegapiła. Szkoda mi i ciebie. Tylko nie wiedziałem, jak to powiedzieć.
Halina stała przy biurku adwokatki i bawiła się kluczem od mieszkania, tym samym, który Jerzy dorabiał jej w zeszłym roku, bo zgubiła stary. A potem zrobiła coś, co zaskoczyło nawet ją samą. Uśmiechnęła się. Nie do Jerzego, nie do adwolatki. Do siebie.
– Wiesz, Jerzy, jeden warunek – powiedziała. – Podpiszę ugodę, jeśli ty przyniesiesz na ostateczną rozprawę ten krawat w kropki.
Jerzy nie zapytał, po co. Nie zażartował, że to wymysł bab. Wyjął z torby krawat, który zabrał z domu, i położył na biurku.
– Już przyniosłem.
I to był pierwszy raz od trzydziestu dwóch lat, kiedy żadne z nich nie musiało nic więcej mówić.
Rozwód orzeczono bez orzekania o winie. Halina dostała działkę, samochód, mieszkanie. Jerzy zatrzymał konto i wyprowadził się do kawalerki na osiedlu Tysiąclecia. Ale w niedzielę po południu, w połowie czerwca, Halina siedziała na działce pod Supraślem i piła czerwone wino z kubka po musztardzie, bo wszystkie kieliszki zostawiła w szafce w bloku. Pachniało skoszoną trawą. Na składanym krzesełku obok leżał list. Był od Jerzego, pisany na papierze w kratkę.
„Halinko. Znalazłem w kieszeni starej kurtki twój paragon z apteki. Ten syrop na kaszel, co go kupiłaś osiem lat temu, kosztował wtedy 17 złotych. Pomyślałem, że przez tyle lat widziałem te paragony, a nie widziałem ciebie. Teraz jak oglądam sobie nieraz ten paragon, to mi się wydaje, że to jest jedyne, co mi z ciebie zostało. Nie chcę, żeby to było jedyne. Dlatego zostawiłem dziś rano kawę na twoim progu. Nie wiem, czy lubisz taką jak ja. Ale chcę się nauczyć."
Halina przeczytała to trzy razy. Potem odstawiła kubek, wzięła spod krzesła torebkę, wyjęła z niej długopis, ale nie miała papieru. Więc odwróciła list Jerzego na drugą stronę, tam gdzie było czyste miejsce, i napisała tylko trzy słowa: „Nauczysz się. H."
A wieczorem, kiedy słońce już zaszło za drzewami i gdzieś daleko zaszczekał pies sąsiadów, Halina wróciła do bloku. Przed drzwiami stał termos. Kawę widać było po śladzie na wycieraczce. Wzięła termos, podniosła klapę, powąchała. Nie była mocna, taka, jaką on pił. Ale pachniała świeżo.
Weszła do mieszkania, zapaliła światło w przedpokoju i postawiła termos na półce, obok tej szklanki po herbacie, której nikt nie domył. Nie umyła jej. Nie tym razem.
Nastawiła wodę.







