Agnieszka stała przed lustrem w przedpokoju i poprawiała szalik, kiedy telefon zawibrował trzeci raz z rzędu. Na ekranie migało imię córki.
— Mamo, musisz przyjechać. Teraz. — Głos Kasi drżał, jakby biegła po schodach.
— Co się stało?
— Tata. Karetka już jedzie.
Agnieszka nie pamiętała, jak znalazła się na klatce schodowej, jak wsiadła do windy, jak przekręciła kluczyk w stacyjce swojego starego opla astry. Pamiętała tylko czerwone światło na skrzyżowaniu Grunwaldzkiej, które minęła, nie patrząc, i pisk opon, gdy skręcała pod szpital.
Tomasz leżał na oddziale ratunkowym, podłączony do kroplówki, twarz miał szarą jak popiół z papierosów, które paliła ich matka przed laty. Zawał — powiedział lekarz, młody chłopak z trzydniowym zarostem, który mówił szybko, zawodowo, jakby recytował z pamięci: tętnica zamknięta w osiemdziesięciu procentach, wszczepiono stent, rokowania ostrożnie dobre, ale najbliższe siedemdziesiąt dwie godziny są decydujące.
Kasia siedziała na plastikowym krześle na korytarzu i obracała w palcach kubek z automatu, kawa dawno wystygła, na powierzchni pływała biała plamka mleka w proszku, która nie chciała się rozpuścić. Agnieszka usiadła obok niej. Nie odezwała się. Wyjęła jej kubek z rąk, odstawiła na parapet i po prostu złapała córkę za nadgarstek, mocno, jakby to ona potrzebowała się czegoś przytrzymać.
— Nie rozmawialiście od Wigilii — powiedziała Kasia, nie patrząc na matkę, tylko na zegar na ścianie naprzeciwko. Było dwadzieścia po drugiej w nocy. — Wiesz o tym?
Agnieszka wiedziała. Kłótnia o spadek po babci, o dom w Kazimierzu, o sto dwadzieścia tysięcy złotych, które Tomasz chciał wypłacić od razu, a ona chciała zatrzymać dom, choćby pusty, choćby zarastał pokrzywą. Powiedziała mu wtedy przy wigilijnym stole coś, czego nie da się cofnąć samym "przepraszam". Od tamtej kłótni wymieniali się tylko esemesami o świętach i urodzinach wnuków — krótkimi, z emotikonami zamiast zdań.
Przez noc siedziała na korytarzu. Pielęgniarki przemykały między salami w cichych klapkach, światło za oknem zmieniało się z pomarańczowego lampionu ulicznego na szare, brudne przedświtanie. Kupiła sobie jeszcze jedną kawę z automatu za dwa złote pięćdziesiąt, chociaż nie miała na nią ochoty — chciała mieć coś ciepłego w dłoniach, żeby nie zauważyć, jak jej drżą.
Nad ranem lekarz wyszedł z sali i powiedział, że najgorsze minęło, że serce trzyma rytm, że Tomasz jest przytomny i pyta o siostrę.
Wpuścili ją na pięć minut. Monitor przy łóżku piszczał miarowo, cyferki na wyświetlaczu skakały: 78, 79, 77. Tomasz miał rurkę w nosie i rękę przywiązaną do wenflonu, a kiedy ją zobaczył, spróbował się podnieść na łokciu i skrzywił się z bólu.
— Leż — powiedziała, bo nie umiała nic innego powiedzieć.
Milczał chwilę, patrząc w sufit, potem na kroplówkę, potem gdzieś obok niej, nie w oczy.
— Ten dom — zaczął i urwał. Przełknął ślinę, jakby coś go bolało bardziej niż mostek. — Może niech go Kasia weźmie. Albo sprzedajmy i po połowie. Nie wiem. Nie o to chodziło.
— Wiem — powiedziała, chociaż wcale nie wiedziała, o co właściwie chodziło, tylko że nie chciała już tego słuchać przy tym piszczącym monitorze.
Usiadła na brzegu łóżka, za blisko, tak że materac się ugiął, i wzięła jego dłoń — tę samą, która kiedyś podtrzymywała siodełko jej roweru na podwórku w Kazimierzu, kiedy uczyła się jeździć bez bocznych kółek. Dłoń była teraz cieplejsza niż powinna, spocona, z plastrem po wkłuciu.
— Głupio wyszło — powiedział w końcu, i tyle, i nic więcej, jakby to miało wystarczyć za rok milczenia.
Nie wystarczyło, ale Agnieszka pokiwała głową, bo gardło miała ściśnięte tak, że nie ufała własnemu głosowi. Ścisnęła jego palce mocniej, on odpowiedział tym samym uściskiem, słabszym niż kiedyś, i przez chwilę żadne z nich nie patrzyło na drugie, tylko oboje na te splecione dłonie na białym kocu.
Kasia stanęła w drzwiach z dwoma kubkami herbaty, para unosiła się znad nich i rozpływała w suchym, szpitalnym powietrzu. Postawiła kubki na szafce przy łóżku, cicho, żeby nie przerywać, i usiadła na parapecie plecami do okna. Za szybą Kraków budził się zwyczajnie — jechał pierwszy tramwaj linii osiemnastki, ktoś wyprowadzał psa, otwierał się kiosk na rogu. Herbata w kubkach stygła, nietknięta, a monitor przy łóżku piszczał dalej, równo, jakby to on jeden wiedział dokładnie, ile jeszcze zostało do rana.






