Diplom, który nie mieści się w gablocie

Dyplom, który nie mieści się w gablocie

Nazywam się Barbara Nowicka i od jedenastu lat pracuję jako woźna w Instytucie Nauk Politycznych na jednym z warszawskich uniwersytetów. Widziałam tysiące pierwszaków — wystraszonych, zagubionych, szukających sali 214 pół godziny za wcześnie. Ale tamtego września zapamiętam inaczej, bo akurat wtedy w telewizorze w naszej portierni leciał program o hiszpańskiej następczyni tronu, która następnego dnia miała usiąść w ławce takiej samej jak nasi studenci.

Nie znałam wcześniej tej historii. Usłyszałam ją przypadkiem, bo koleżanka z dziekanatu, pani Halina, uwielbia oglądać takie programy w przerwie na herbatę, a ja akurat czekałam, aż wyschnie podłoga po myciu korytarza.

Mówili, że ta dziewczyna ma dwadzieścia lat, że nazywa się Leonor i że zanim pomyślała o jakimkolwiek uniwersytecie, przeszła trzy lata koszar — musztrę w akademii wojskowej w Saragossie, rejs na żaglowcu szkolnym z nauką nawigacji sekstantem, a w czerwcu skok ze spadochronem razem z pięćdziesięcioma innymi kadetami. Stała przed hiszpańskim parlamentem sama, bez rodziców trzymających ją za rękę, i składała przysięgę na konstytucję.

Odłożyłam mopa i wyjęłam komórkę. Wystukałam do Kuby: „Widziałeś ostatnio Marcina spod dwunastki? Zdał na informatykę". Odpisał od razu: „Babciu, po co mi to piszesz". Schowałam telefon do kieszeni fartucha i dokończyłam mycie korytarza, ale ręka z mopem robiła to już bez mojej uwagi.

Wieczorem pojechałam do niego, do warsztatu wujka Ryśka na Grochowie. Kuba leżał pod oplem astra, wystawały mu tylko nogi w za dużych za dużym kombinezonie po wujku. Powiedziałam, że przyniosłam mu naleśniki, i usiadłam na starej oponie obok skrzynki z narzędziami.

— Mamo Basiu przecież nie jestem twoją mamą, tylko babcią, ale wiesz, o co mi chodzi — wypaliłam, sama się gubiąc w słowach. — Do kiedy będziesz tu leżał pod cudzymi samochodami, zamiast złożyć papiery?

Wysunął się spod auta, wytarł ręce szmatą, która i tak nie robiła ich czystszymi.

— Babciu, informatyka to trzy lata siedzenia w bibliotece nad czymś, czego nie umiem sobie wyobrazić. A tu mam pracę od zaraz, wujek płaci trzy i pół tysiąca na rękę, i wiem, co robię.

— A za pięć lat? Jak wujek sprzeda warsztat, bo będzie miał sześćdziesiąt pięć lat i bolące kolana?

Nic nie odpowiedział, tylko wrócił pod samochód. Usłyszałam tylko brzęk klucza spadającego na beton.

Następnego dnia wydrukowałam w dziekanacie na drukarce pani Haliny stronę z programem studiów — informatyka, pierwszy rok, przedmioty, godziny zajęć. Do tego dorzuciłam wydruk z internetu: zdjęcie Leonor w mundurze polowym, błoto na twarzy, uśmiech mimo wszystko. Zawiozłam to Kubie następnego wieczoru, znowu do warsztatu.

— Nie musisz skakać ze spadochronu — powiedziałam, kładąc kartki na desce rozdzielczej opla, przy którym akurat stał. — Ale ona miała wszystko podane na tacy, koronę, pieniądze, nazwisko, a i tak wybrała trzy lata w błocie i koszarach, zanim usiadła w pierwszej ławce. Ty nie masz korony, Kuba, ale masz wybór, którego ona nie miała — możesz zacząć od razu od tej ławki, bez koszar.

Wziął kartkę z programem zajęć, popatrzył na nią długo, potem złożył ją na pół i wsunął do kieszeni kombinezonu, obok kluczyka do skrzynki z narzędziami.

— Zobaczę, czy jeszcze zdążę na rekrutację — mruknął i wrócił pod samochód.

Nie obiecał nic więcej. Nie powiedział „tak, idę studiować". Ale trzy tygodnie później, gdy myłam schody przy wejściu głównym, zobaczyłam go w grupie pierwszaków z teczką pod pachą, szukającego auli 3B, w tym samym za dużym kombinezonie noszonym pod kurtką, bo nie zdążył się przebrać po nocnej zmianie w warsztacie. Zapytał mnie, gdzie jest ta sala, tak jakby mnie nie poznawał, zajęty liczeniem numerów drzwi.

Pokazałam mu koniec korytarza i patrzyłam, jak biegnie, trzymając kubek kawy z automatu tak, żeby nie rozlać na koszulę — tę samą, którą kupił sobie w zeszłym tygodniu, bo starą miał całą w oleju silnikowym.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Diplom, który nie mieści się w gablocie