Kot na obwodnicy w Bydgoszczy

Jestem konduktorką na kolei, ale tego dnia jechałam własnym autem, spóźniona na zmianę, po trasie S5 w stronę Bydgoszczy. Deszcz padał od rana, taki drobny, uporczywy, przez który wycieraczki tylko rozmazują brud po szybie. Radio nadawało prognozę korków, ja liczyłam minuty do stacji.

Przy zjeździe na Fordon ruch nagle zgęstniał. Zobaczyłam, jak samochody przede mną zaczynają zjeżdżać na pobocze, jeden za drugim, jakby ktoś dał sygnał. Zwolniłam i wtedy go zauważyłam — małego, szarego kotka, może trzy miesiące, przycupniętego dokładnie na linii oddzielającej pasy jezdni. Trząsł się. Fury pędziły obok, wzbijając wodę spod kół, a on siedział jak przyklejony, za mały, żeby zrozumieć, że za chwilę może go nie być.

Kierowca srebrnego kombi, chłopak może dwudziestoparoletni, w kurtce z logo jakiejś firmy kurierskiej, zjechał na sam skraj jezdni, włączył światła awaryjne i wysiadł. Nie zastanawiał się długo. Przeszedł kawałek wzdłuż barierek, przykucnął, wyciągnął rękę. Kotek się cofnął o krok, prosto na sąsiedni pas — jadąca tam ciężarówka zdążyła zahamować, opony zapiszczały na mokrym asfalcie, kierowca zatrąbił krótko, ale to była kwestia sekundy, może dwóch.

Stałam na poboczu z otwartym oknem, silnik na jałowym biegu, i patrzyłam, jak chłopak próbuje po raz drugi. Zdjął kurtkę, zarzucił ją na zwierzaka jak siatkę, i w ten sposób go złapał. Kotek drapał przez materiał, wbijał pazurki gdzie się dało, piszczał, ale już był w rękach, już nie na asfalcie. Chłopak wstał, przytulił zawiniątko do piersi i przez chwilę stał tak w deszczu, oddychając ciężko, jakby sam nie wierzył, że się udało.

Podeszłam bliżej, bo miałam w bagażniku starą torbę na zakupy, mogła posłużyć za tymczasowy transporter. Kotek nie chciał do niej wejść — wyginał się, wczepiał pazurami w rękaw kurtki, aż chłopakowi popłynęła cienka strużka krwi po przedramieniu. W końcu wepchnął go siłą, przytrzymał zamek. Zapytałam, czy ma dokąd go zabrać. Powiedział, że zna lecznicę weterynaryjną przy ulicy Fordońskiej, otwartą całą dobę, bo kiedyś woził tam sąsiada z psem po wypadku. Podał mi torbę na chwilę, żeby otworzyć drzwi auta, i pamiętam, jak lekka była w środku — kotek dygotał, a przez materiał czułam jego serce walące jak młotek.

Nie znam jego imienia. Nie zapytałam, bo śpieszyłam się na pociąg — spóźnienie oznaczało dla mnie naganę od kierownika zmiany, a i tak byłam już dwadzieścia minut do tyłu. Widziałam tylko, jak zjeżdża z powrotem na trasę, kierunkowskaz w lewo, w stronę Fordońskiej, torba z kotem na tylnym siedzeniu.

Cały dzień w pracy myślałam o tym kotku. Naganę i tak dostałam, ale jakoś mniej mnie to obeszło niż zwykle. Wieczorem, już w domu, zadzwoniłam na wszelki wypadek do tej lecznicy — po prostu chciałam wiedzieć. Recepcjonistka pamiętała przypadek, młody mężczyzna przywiózł kociaka bez obroży, bez czipa, w przemoczonej kurtce kurierskiej, z podrapanym przedramieniem. Powiedziała, że kotek jest odwodniony, ale bez złamań, zostaje na obserwacji, a potem trafi do tymczasowego domu, bo chłopak zostawił numer telefonu i obiecał wrócić po niego, jeśli nikt się nie zgłosi po właścicielu.

Poprosiłam ją o ten numer. Zapisałam go na odwrocie paragonu ze stacji benzynowej, który akurat leżał na desce rozdzielczej. Nie zadzwoniłam. Kartka leży tam do dziś, wilgotna od rosy, litery już trochę rozmazane, dokładnie tak jak tamtego ranka na mojej przedniej szybie.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Kot na obwodnicy w Bydgoszczy