Nasłuchy w cukierni na Podgórzu

Mam siedemdziesiąt trzy lata i od paru miesięcy zauważam, że moja przyjaciółka Grażyna potrafi rozmawiać wyłącznie o wnukach. Ostatnio spróbowałam opowiedzieć jej coś naprawdę ważnego dla mnie i po pięciu minutach temat sam się rozmył. Wtedy po raz pierwszy zadałam sobie pytanie, czy jesteśmy jeszcze przyjaciółkami, czy tylko dwiema kobietami, które przywykły się spotykać.

Grażynę poznałam, kiedy obie miałyśmy dwadzieścia sześć lat, a nasze dzieci jeszcze jeździły w wózkach po podwórku przy Limanowskiego. Mieszkałyśmy na tej samej ulicy w Krakowie, na Podgórzu, i codziennie rano wpadałyśmy na siebie w piekarni obok kiosku z gazetami, tam gdzie zawsze pachniało świeżą drożdżówką z serem. Najpierw rozmawiałyśmy o pieluchach, kolkach i bezsennych nocach. Potem doszły wspólne wyjazdy nad Bałtyk, niedzielne spacery po Parku Bednarskiego, kolacje z naszymi mężami przy winie z osiedlowego sklepu. Gdy jej mąż zmarł osiem lat temu, to ja siedziałam z nią po nocach, robiłam herbatę i słuchałam, jak przez godzinę mówi to samo. Gdy mnie operowano na biodro, to Grażyna przez tydzień przynosiła mi zupy w słoikach i pilnowała, żebym brała leki o właściwej porze. Dlatego nigdy bym nie pomyślała, że coś między nami może się zepsuć.

Spotykałyśmy się w każdy czwartek w cukierni niedaleko Rynku Podgórskiego. Ja zamawiałam kawę z mlekiem, ona zawsze rumianek, bo od kilku lat twierdziła, że kofeina jej szkodzi na serce. Problem narastał powoli, jak wilgoć na ścianie, której długo nie widać. Grażyna zaczęła mówić właściwie tylko o córce, o zięciu, o tym, na jakie zajęcia dodatkowe zapisała wnuczkę, jakie oceny ma wnuk z matematyki, gdzie spędzą święta. Słuchałam, bo znałam tę rodzinę od dziecka i wiele z tych spraw naprawdę mnie interesowało. Ale w pewnym momencie nasze czwartkowe spotkania zaczęły przypominać cotygodniowe sprawozdanie z jej domu. Jeśli wspominałam o wycieczce do Zakopanego, ona natychmiast przypominała sobie, dokąd pojechali wnukowie. Jeśli mówiłam o filmie, który widziałam, ona opowiadała, jaki serial ogląda jej córka.

Nie uznawałam tego za poważny problem, dopóki nie wydarzyło się coś, co dla mnie było istotne. Po latach przekonywania samej siebie, że nie chcę już sobie komplikować życia, zaczęłam spotykać się z mężczyzną, który nazywa się Wiesław. Poznaliśmy się w grupie nordic walking, która co niedzielę schodzi się pod Kopcem Kościuszki. Wiesław jest wdowcem, ma siedemdziesiąt pięć lat i mieszka piętnaście minut tramwajem od mnie. Nie mówiliśmy o ślubie ani o wspólnym mieszkaniu. Po prostu znowu czekałam na telefon i to mi wystarczało.

Czekałam kilka tygodni, zanim opowiedziałam o tym Grażynie. Chciałam powiedzieć jej to osobiście, bo znała mojego męża i wiedziała, ile mnie kosztowało przyzwyczajenie się do samotności po jego śmierci. Tamtego czwartku, przy wspólnej szarlotce, w końcu się zdecydowałam. Powiedziałam po prostu: spotykam się z kimś. Grażyna uśmiechnęła się, spytała, kto to. Zaczęłam opowiadać, jak się poznaliśmy, ale nie minęło pięć minut, gdy sięgnęła po telefon. Wnuczka przysłała zdjęcie w sukience na jakąś imprezę szkolną. Grażyna pokazała mi ekran, potem drugie zdjęcie, a potem zaczęła tłumaczyć, że dziewczynka nie może się zdecydować, w czym pójdzie. Moja opowieść po prostu zniknęła ze stołu razem z okruszkami po cieście.

Wróciłam do domu zła na samą siebie, że czuję się dotknięta czymś tak, wydawałoby się, błahym. W następny czwartek nie poszłam. Powiedziałam, że mam sprawy do załatwienia w urzędzie. Grażyna zadzwoniła wieczorem i usłyszała w moim głosie, że coś jest nie tak. W końcu powiedziałam jej wprost: tamtego dnia próbowałam ci opowiedzieć coś ważnego, a po pięciu minutach znowu mówiłyśmy o twoich wnukach.

Zamilkła na dłuższą chwilę, tak długą, że słyszałam w słuchawce, jak w jej kuchni cyka zegar. Najpierw się broniła — mówiła, że ja też opowiadam o swoich dzieciach, że wnuki zajmują ogromną część jej życia. To akurat była prawda. Ale zapytałam ją, kiedy ostatnio rozmawiałyśmy o niej samej — nie o dzieciach, nie o mnie, tylko o niej. To pytanie zmieniło całą rozmowę.

Grażyna przyznała w końcu, że od śmierci męża tak bardzo rzuciła się w sprawy rodziny, że czasem sama nie wie, co miałaby o sobie opowiedzieć. Wtorki miała zajęte odbieraniem wnuka ze szkoły, środy pomocą córce w robieniu zakupów, niedziele obiadami u dzieci przy Rynku Podgórskim. Jej życie było pełne, tylko że niemal wszystko w nim należało do kogoś innego. Powiedziała: może dlatego tyle mówię o nich, że sama nie wiem, co ja robię ze swoim czasem. To zdanie odebrało mi większość złości.

Nadal się spotykamy. Nie wróciłyśmy magicznie do tych dwóch dwudziestosześcioletnich kobiet sprzed lat, bo żadna przyjaźń tak nie działa. Ale teraz, zanim się rozejdziemy, zadajemy sobie jedno pytanie: a ty jak się naprawdę czujesz. Grażyna poznała już Wiesława. Śmiała się, kiedy powiedziałam jej, że od tygodni próbuję jej wyznać, że się trochę zakochałam.

Wiesław ma zwyczaj przynosić na spotkania z Grażyną pierniczki z Torunia, bo kiedyś tam pracował i twierdzi, że innych nie uznaje. Grażyna z początku sprawdzała każdy kawałek, jakby szukała w nim dowodu, że facet naprawdę jest tym, za kogo się podaje, ale po trzecim czwartku sama zaczęła pytać go, czy przywiózł coś nowego.

Zeszłej środy Grażyna przyniosła do cukierni swój terminarz — ten sam gruby zeszyt w czerwonej okładce, w którym od lat zapisuje wizyty u lekarza wnuka i godziny odbioru ze szkoły. Otworzyła go na bieżącym tygodniu, przesunęła palcem po wtorku, gdzie stało „Kubuś — stomatolog", po środzie ze słowem „zakupy z Kasią", aż zatrzymała się na czwartku. Obok mojego imienia dopisała coś nowym długopisem, nachyliła zeszyt w moją stronę i czekała, aż przeczytam. Pod „Halina" stało: „zapytać, co u mnie".

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Nasłuchy w cukierni na Podgórzu