Pracuję jako pielęgniarka środowiskowa w Bydgoszczy, dwanaście lat, głównie na Szwederowie i Bartodziejach. Do pana Zdzisława Wróbla trafiłam przez przypadek — zastępowałam koleżankę na urlopie, miała mi to być jedna wizyta, ostatecznie jeżdżę do niego co wtorek i piątek już trzeci rok.
Mieszkanie na trzecim piętrze bez windy, blok z lat siedemdziesiątych, klatka pachnie zupą i wilgocią, jak wszystkie klatki w tej dzielnicy. On mieszka sam od śmierci żony. Kiedyś, mówi, był kierownikiem zmiany w Zachemie — trzydzieści osiem lat, ludzie się go bali i szanowali, jedno i drugie naraz. Teraz na drzwiach mieszkania nie ma tabliczki, tylko ślad po niej, jaśniejszy prostokąt w farbie.
Za pierwszym razem, gdy mierzyłam mu ciśnienie, powiedział mi całą historię — jak to on decydował o premiach dla stu dwudziestu osób, jak przyjeżdżał po niego samochód służbowy, syrenka, potem już polonez. Mówił to bez żalu, bardziej jakby sprawdzał, czy jeszcze pamięta szczegóły. Zauważyłam, że na kredensie stoi zdjęcie z odejścia na emeryturę — jakieś trzydzieści osób, kwiaty, dyplom w ramce. Ramka teraz stoi bokiem, jakby ktoś ją przesunął, sprzątając, i nie postawił z powrotem prosto.
Syn dzwoni w niedziele, mieszka w Poznaniu, ma dwoje dzieci i firmę transportową, przyjeżdża może cztery razy do roku. Pan Zdzisław nigdy nie mówi o tym z pretensją. Kiedyś tylko zapytał mnie, czy według mnie to normalne, że wnuk, jedenaście lat, woli mówić z nim przez telefon niż siedzieć obok. Nie miałam dobrej odpowiedzi, więc zmierzyłam mu tętno i zmieniłam temat.
Na lodówce, przyklejona magnesem w kształcie muchomora — pamiątka z jakiejś wycieczki w Bory Tucholskie — wisi kartka. Napisana jego ręką, drukowanymi literami, żeby czytelnie, bo wzrok już nie ten. Nie jest to lista zakupów. To lista imion. Ludzie, których znał z pracy, z podwórka, z kościoła na Kapuściskach. Przy niektórych nazwiskach jest data, mały krzyżyk. Przy innych nic — jeszcze żyją, tylko dawno się nie widzieli.
Ostatnim razem, gdy byłam u niego, dopisywał kolejne nazwisko. Kolega z linii produkcyjnej, Henryk, zmarł w szpitalu wojewódzkim tydzień wcześniej. Pan Zdzisław trzymał długopis niepewnie, bo od udaru ręka mu drży, i powiedział, że z całej zmiany, tej z osiemdziesiątego szóstego roku, on jeden jeszcze chodzi po własnych nogach.
Zapytałam wtedy, czy się boi. Odłożył długopis na kartkę i powiedział, że nie boi się końca, tylko tego, że nikt już nie zapyta go o zdanie w żadnej sprawie. Że jego opinia przestała mieć ciężar gatunkowy, jak to ujął, jeszcze zanim ciało zaczęło zawodzić.
Nie skomentowałam tego. Zamiast tego zaparzyłam mu herbatę, taką jaką lubi, z cytryną i łyżeczką miodu z Roztocza, którym go zaopatruje sąsiadka z parteru. Usiadłam przy stole na chwilę dłużej niż powinnam, bo następna wizyta i tak czekała, a pan Zdzisław włączył radio, Trójkę, i przez chwilę oboje słuchaliśmy, nic nie mówiąc.
Za trzy tygodnie, we wtorek, zastałam u niego córkę sąsiadki — to ona mnie wpuściła, bo pan Zdzisław nie otwierał na dzwonek. Leżał w łóżku, przytomny, ale osłabiony, lekarz z pogotowia stwierdził niewydolność serca i kazał go zabrać do szpitala na Szpitalnej. Zanim przyjechała karetka, poprosił mnie, żebym podała mu z lodówki tę kartkę z imionami.
Wziął długopis, dopisał jedno nazwisko na dole listy — swoje własne, z datą, bez krzyżyka, tylko ze znakiem zapytania obok. Powiedział, że skoro nikt inny tego nie zrobi, to on sam zamknie swój rachunek, kiedy przyjdzie czas, żeby lista była kompletna.
Karetka zabrała go dwadzieścia minut później. Ja zostawiłam kartkę na kredensie, obok ramki ze zdjęciem, którą tym razem ustawiłam prosto.







