— Skreśl panią Halinkę — powiedziała Ania, nie podnosząc wzroku znad laptopa. — Babciu, no co ty. Sto dwadzieścia osób, to już i tak przesada, a fotobudka kosztuje od głowy.
Barbara stała przy kuchennym oknie z ręcznikiem w dłoniach, tym samym w czerwoną kratkę, którym wycierała naczynia od dwudziestu lat, i patrzyła, jak wnuczka odhacza nazwiska na ekranie jednym kliknięciem myszki. Halinka. Trzy domy dalej. Ta sama, która przynosiła Ani rosół, kiedy dziewczynka miała anginę, i uczyła ją robić na drutach szalik, co do dziś leży w szafie, nieukończony.
— Ona cię pamięta jeszcze z wózka — powiedziała Barbara.
— To nie jest lista sentymentów, tylko budżet. Sto osiemdziesiąt złotych za talerz, mnożone przez sto dwadzieścia, to i tak już ponad dwadzieścia tysięcy. Nie stać nas na wszystkich, kogo kiedykolwiek znaliśmy.
Barbara nic nie odpowiedziała. Odłożyła ręcznik na oparcie krzesła i poszła do saloniku, gdzie na ścianie wisiało zdjęcie sprzed pięćdziesięciu jeden lat, trochę pożółkłe w drewnianej ramce. Wrzesień 1975, podwórko przy gospodarstwie. Otworzyła szufladę komody pod zdjęciem i wyjęła kopertę — nie tę ślubną, tylko zwykłą, pomiętą na rogach, którą trzymała tam od tylu lat, że sama nie pamiętała, kiedy ostatni raz ją otwierała.
W środku była kartka zapisana drobnym, pochyłym pismem jej matki. Lista. Kto przyniósł co, ile jajek, ile godzin w kuchni, zanim jeszcze pierwsi goście przekroczyli furtkę.
Trzy dni przed jej weselem sąsiadka, pani Kowalska z naprzeciwka, przyniosła dwadzieścia jajek i powiedziała tylko: „Na ciasto, żeby starczyło". Nikt nie pytał, ile kosztowało wesele. Cała wieś wiedziała, że się żenią, jeszcze zanim ksiądz ogłosił zapowiedzi na mszy. Wystarczyło, że ktoś powiedział we wtorek na targu w Puławach.
Stoły wyniesiono na podwórko dzień wcześniej. Ojciec Tomasza pożyczył ławki od remizy strażackiej, krzesła zwoziły się z całej ulicy — każdy sąsiad przynosił, ile miał, jedno albo cztery. Obrusy zszyto z prześcieradeł, bo jeden długi obrus na dwadzieścia metrów stołu nie istniał. Kobiety piekły od czwartku: serniki, makowce, drożdżówki z kruszonką. Mężczyźni nosili skrzynki piwa od Żywca i beczkę kompotu, którą postawiono w cieniu pod jabłonią.
Dzieci kręciły się między dorosłymi, czekając na kapelę — trzech muzykantów z akordeonem, skrzypcami i bębnem, którzy przyjechali furmanką z Opola Lubelskiego. Nie było parkietu ani fotobudki. Kiedy muzyka ruszała, robiono miejsce na środku podwórka i tam się tańczyło, między stołami, depcząc czasem grządkę pietruszki.
Przyszli wszyscy. Rodzina, sąsiedzi, chrzestni, ludzie z całej ulicy. Jedni dawali więcej do koperty, inni mniej, jeszcze inni nie dali nic, bo pomogli wcześniej czym mogli: kurą, jajkami, winem domowej roboty, kilkoma godzinami w kuchni. Sąsiadka w chustce stała obok cioci panny młodej. Akordeonista grał krok od młodej pary. Dziadek siedział na krześle pod płotem i patrzył na tańczących, dopóki jemu samemu nogi nie zaczęły podrygiwać w rytm.
Były i zazdrości — Barbara pamiętała to dobrze. Ktoś liczył, kto ile włożył do koperty, plotkowano przy studni następnego dnia o tym, że jedna z ciotek dała za mało jak na krewną. Ale kiedy dziś przegląda te zdjęcia, nie patrzy na stoły ani na suknię. Patrzy na twarze ludzi, których już połowy nie ma.
Wróciła do kuchni z kopertą w ręku. Ania siedziała dalej z laptopem, przesuwając kursor po tabeli.
— Babciu, dziś tak się to robi — powiedziała, kiedy Barbara zapytała jeszcze raz o panią Halinkę. — Musimy liczyć. Nie każdy zasługuje na miejsce przy stole tylko dlatego, że kiedyś przyniósł ci jajka.
Barbara nie odłożyła koperty na stół. Włożyła ją z powrotem do szuflady i przez cały tydzień nie wracała do tematu. W sobotę, dwa tygodnie przed ślubem, zadzwoniła do pani Halinki i zaprosiła ją osobiście, mówiąc, że to ona bierze odpowiedzialność za ten jeden dodatkowy talerz. Potem pojechała do SKOK-u, wypłaciła dwanaście tysięcy złotych, które odkładała od lat na „coś ważnego", i przelała je na konto sali bankietowej z dopiskiem: dopłata, dwa dodatkowe stoły, dwadzieścia osób.
Ania dowiedziała się o tym trzy dni później, kiedy zadzwoniła kierowniczka sali z pytaniem o finalną liczbę gości.
— Babciu, co ty zrobiłaś?! — Ania wpadła do domu bez pukania, telefon jeszcze w ręce. — Miałam to wszystko rozpisane co do złotówki! Kto ci powiedział, że możesz tak po prostu…
Barbara siedziała przy stole. Nie wstała.
— Usiądź.
Postawiła przed nią kopertę. Ania wzięła ją niepewnie, jakby się bała, że kartka rozpadnie się w palcach. Rozłożyła zapisaną drobnym pismem stronę, przesunęła palcem po nazwisku „Kowalska — 20 jajek", niżej „Nowakowie — 3 godziny w kuchni, ciasto".
— To pismo prababci?
Barbara skinęła głową i nic więcej nie powiedziała.
Ania czytała długo, dłużej niż potrzeba było na tę jedną kartkę. Potem odsunęła laptop na bok stołu, wzięła długopis leżący przy cukiernicy i przysunęła sobie wydrukowaną listę gości. Przy imieniu skreślonym trzy dni wcześniej dopisała z powrotem: „pani Halinka — 3 domy dalej".
Barbara wzięła drugi długopis i usiadła obok, tak blisko, że ich łokcie się stykały. Przez chwilę żadna nic nie mówiła, tylko pisały — jedna po drugiej wpisując imiona, których nie było jeszcze na liście, podczas gdy stara koperta leżała otwarta między nimi, na samym środku stołu.







