Wszystko przez te truskawki. Stałam wtedy w Lidlu na Ursynowie i trzymałam w ręku łubiankę. Córka prosiła, żeby kupić, bo kruszonka. Przy kasie okazało się, że cena za kilogram dwa razy większa niż na wywieszce, i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, usiadłam z łubianką wprost na podłodze. Kasjerka coś mówi, ktoś podaje wodę, a ja widzę tylko jej twarz. Taką, jak wtedy, tamtego ranka.
Zaczęło się jedenaście lat temu, w lipcu. Mama obudziła się o piątej rano i poprosiła, żebym przyniosła jej kołdrę, bo „dziwnie zimno w nogi”. Tak powiedziała. Dziwnie zimno w nogi. Zawinęłam ją, usiadłam na brzegu łóżka.
— Tobie zawsze było zimno. Pamiętasz, jak na działce w środku lata nosiłaś wełniane skarpety?
Nie odpowiedziała. Leżała i patrzyła w sufit, jakby tam był napisany cały dzień.
Dzwoniłam po pogotowie. Zanim przyjechali, zdążyła mnie poprosić o dwie rzeczy: żebym wyjęła z serwantki jej dowód i żebym wreszcie przestała odkładać to „na kiedyś”.
— Co na kiedyś, mamo?
— Wszystko, co się tylko da. Pogodę, rozmowy, siebie.
Zabrali ją o szóstej czterdzieści. O dziesiątej ordynator powiedział, że rozwarstwienie aorty. Zdarza się. Czasem ludzie z tym żyją latami i nie wiedzą. A ona wiedziała, że coś pęka, i zamiast na sygnał, prosiła o kołdrę.
To „kiedyś” weszło we mnie jak drzazga. Nie umiem jej wyjąć.
Po pogrzebie wróciłam do jej mieszkania na Kabatach. Dwupokojowe, szóste piętro, balkon od strony lasu. Wszystko pachniało nią — mąką, krówkami, płynem do mycia szyb, którym psikała framugi, kiedy się denerwowała. Szafki w kuchni zapisane od środka ołówkiem: „kasza na górze”, „zapałki w puszce po herbacie”. Segment na wysoki połysk. W środku serwantki dowód osobisty, numerami do środka, tak jak kładła. Obok koperta.
Wtedy jej nie otworzyłam. Nie umiałam.
Przez rok do tamtego mieszkania przychodziłam tylko po to, żeby podlać paprotkę. Oprzyrządowanie do szycia stało nieruszone — maszyna marki Łucznik, nici w pudełku od czekoladek, żółta kreda krawiecka. Na parapecie kaktus, któremu myliłam imię. Zawsze wołałam na niego „Grubasek”, a ona poprawiała: „to jest Stefan”.
Stefan przetrwał, kiedy ja w to mieszkanie wchodzić nie mogłam. Zajmował się nim sąsiad, pan Henryk, który na klatce wieszał kartki z ogłoszeniami parafialnymi i dokarmiał gołębie obok śmietnika. Miły człowiek. Też sam.
Chciałam już to wszystko zabrać, wietrzyć, zdecydować. Ale każda rzecz w tamtym miejscu miała głos. Więc dzwoniłam do pani z administracji, czy nic się nie dzieje, i kończyłam rozmowę, zanim ktoś zadał mi pytanie, na które nie miałam siły odpowiadać.
Na piąte święta bez niej zrobiło się krucho. Mąż pojechał do Kowal na grób swoich rodziców. Córka z zięciem wyjechali w Bieszczady. Zostałam sama w naszym domu w Rembertowie i po raz pierwszy nie umiałam rozdzielić opłatka.
Wstał wtedy ostry wiatr i biegał po podwórzu, jakby ktoś zostawił otwarte drzwi. Na stole stały dwanaście pustych talerzy. Jeden był zawsze jej — biały, z wyszczerbionym brzegiem, bo matka nie uznawała, że naczynie ma „czekać na lepsze dni”. Mówiła: „wyszczerbiony lepiej trzyma ciepło”.
I wtedy, w Boże Narodzenie, poszłam do jej mieszkania. Po co — sama nie wiem. Może po tę kołdrę, do której przywarł jej zapach. Otworzyłam. W przedpokoju zimno jak w piwnicy. Fioletowa kurtka na wieszaku, beret z filcu, torba na zakupy w kształcie nerki. W pokoju zapaliłam lampę, którą miała od siostry ze Zduńskiej Woli. Włączyła się dopiero za trzecim razem, jak zwykle. I wtedy otworzyłam tę kopertę z serwantki.
W środku nic spektakularnego. Wydruk z banku z pieczątką, u góry logo, w dole dwie strony drobnego maczku. Znalazłam jej imię i nazwisko u dołu, pod spodem długopis dopisany nierównym pismem na skos: „dla Moniki, jakby co.” Dwie podkreślone linie. Data sprzed czterech lat.
Wykupiona, nietknięta, z zastrzeżeniem, że właścicielka nie życzy sobie wypłaty do końca okresu umowy. Kwota: dwadzieścia trzy złote i czterdzieści trzy grosze. Mniej niż truskawki. Nikt z nas o tym nie wiedział, poza nią i jej bankiem. I tego „jakby co” nie byłam w stanie wymazać z głowy.
Wtedy nie zaniosłam papieru do placówki. Schowałam z powrotem. Do serwantki, przy dowodzie. Numerem do środka.
Bo to nie były pieniądze. To było to cholerne „kiedyś”, w którym matka żyła. Coś, co zamykasz w kopercie, dopisujesz ołówkiem „jakby co” i wkładasz między dowód a akt własności — i to jest twoja czułość. Nie umiałam tego ruszyć, bo wtedy zamieniłoby się w dwa zwykłe przelewy i paragon. A dopóki koperta leżała w serwantce, matka wciąż była w domu. Wciąż miała swój wyszczerbiony talerz.
Ale teraz, w tym Lidlu, z truskawkami, zrozumiałam, że muszę to skończyć. Ktoś podał mi łubiankę i zapytał, czy wezwać karetkę. Zażartowałam: „nie, to tylko cena”. Wyszłam, zostawiłam truskawki. Pojechałam na Kabaty.
Zamek stary, klucz wchodzi ciężko. Przekręciłam. W mieszkaniu pachniało tak samo, jakby czas tam nie wchodził. Tylko kurz przybrał na wadze, osiadł na kloszu, na grzbiecie radioobiornika, na pudełku z nićmi. Stefan stał w słońcu z boku parapetu, zmalał.
Wzięłam dowód i kopertę. Pojechałam na Puławską. Placówka, okienko numer trzy, papierowi pan z brodawką pod okiem.
— Chodzi o depozyt zmarłej.
Podał mi formularz. Litery pływały. Postawiłam podpis na dole. Gdzieś za oknem tramwaj szczęknął na łuku. Pan z brodawką wbił pieczątkę, która huknęła jak strzał z kapiszonu.
Dostałam wyciąg i potwierdzenie. Dwadzieścia trzy złote czterdzieści trzy grosze. Na miejscu.
Wyszłam, usiadłam na przystanku pod wiatą. Po szybie z napisem „Metro Wierzbno” spływała kropla. Trzymałam ten wyciąg i nie mogłam go złożyć, bo był zbyt sztywny na zgięcie. No to rozprostowałam go, położyłam na kolanach jak dowód przestępstwa.
I wtedy zrobiłam coś, czego do dziś nie żałuję.
Wróciłam do Lidla. Wzięłam tę samą łubiankę. Celowo nie patrzyłam na cenę. Zapłaciłam dwadzieścia dwa czterdzieści. Zostało mi dziewięćdziesiąt dziewięć groszy.
Resztę, dosłownie, wsypałam do skarbonki, którą z szafki wyciągnęłam przed wyjściem z jej mieszkania. Matka zbierała w niej „na Konstantynopol” — śmiała się, że pojedziemy, jak uzbieramy. Do Konstantynopola dojechać się nią nie dało, ale stoi teraz u mnie w kuchni, na parapecie obok pieprzniczki.
Truskawki zaniosłam na cmentarz. Po drodze u pana Henryka wzięłam znicz — sprzedaje przed Wszystkimi Świętymi, ale ma też po drodze, „jakby co”. Zapaliliśmy razem. On powiedział, że w zeszłym tygodniu podszedł do tablicy ogłoszeń parafialnych i zobaczył zdjęcie matki. Zabrał, bo pomyślał, że to zbyt osobiste, żeby wisiało obok ogłoszenia o „tanim przewozie do Mielna”.
Papier z banku powiesiłam na lodówce magnesem, który córka przywiozła znad morza. Wisi do dziś. Żółty na rogach. Każdy, kto przychodzi, pyta, co to. Mówię: „to moja mama”.
I to jest cała rzecz. Już nie noszę w sobie tego mieszkania. Sprzedałam je — zwykła umowa, akt u notariusza przy Domaniewskiej. Klucze oddałam nowej właścicielce, miłej pani, która na pierwszym spotkaniu zapytała: „czy pani czegoś nie zostawi?” Zostawiłam Stefana. Ona obiecała, że będzie do niego mówić po imieniu.
A ja przy życiu nie zostałam. Zawsze byłam.
Tylko teraz wiem, ile kosztuje trzymanie kogoś przy sobie: dwadzieścia trzy złote i czterdzieści trzy grosze. To tyle, ile lat ma smak truskawki, kiedy obok stoi znicz i nie ma komu powiedzieć, że Stefan znów zakwitnie.
A jakby co — u mnie w domu działa.







