Dwanaście lat pracuję w nadleśnictwie pod Gorlicami i myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy. Ale tamtego listopadowego poranka, kiedy zobaczyłem pod bramą autokar z Krakowa, od razu wiedziałem, że to nie będzie zwykły dzień. Wysiadło z niego czterdziestu chłopaków. Niektórzy w markowych kurtkach, z telefonami przy uchu. Inni w rozciągniętych bluzach, z reklamówkami zamiast plecaków. Stałem z termosem kawy i patrzyłem, jak rozglądają się po lesie, jakby pierwszy raz widzieli drzewa wyższe niż doniczka w galerii handlowej.
Nadleśniczy wyszedł przed nich, poprawił czapkę i powiedział tylko: „Tydzień. Macie tydzień, żeby udowodnić, że ten las coś dla was znaczy”. Nie wiedziałem wtedy, że połowa z nich przyszła tu za karę, a druga połowa za pieniądze. Tak czy inaczej, wszyscy mieli łopaty.
Pierwszy dzień to była komedia. Dwóch nie potrafiło rozpalić ogniska. Jeden zapytał, czy tu jest zasięg, bo musi odebrać paczkę z paczkomatu. Ale wieczorem, kiedy siedzieli przy koksowniku i jedli bigos, który im przywiozłem z leśniczówki, coś się przestawiło. Może to był zapach dymu, może zmęczenie w kościach. Zaczęli gadać. Najpierw o piłce, potem o tym, skąd są. Okazało się, że ten w drogiej kurtce prowadzi warsztat po ojcu, ale komornik zajął mu konto. Ten z reklamówką od trzech lat nie widział brata, bo brat wyjechał do Norwegii i nie wraca. A najmłodszy, siedemnastolatek, powiedział, że gdyby go tu nie przywieźli, siedziałby teraz w areszcie za pobicie.
Miałem im pokazać, jak sadzić drzewa, i nie zamierzałem się spoufalać. Ale trzeciego dnia zauważyłem, że jeden z nich, szczupły, z blizną nad brwią, codziennie rano staje na skraju polany i patrzy w stronę góry Magura. Nie robi nic. Patrzy.
— Na co czekasz? — zapytałem.
— Mój stary tu pracował. W osiemdziesiątym ósmym, przy zalesianiu po pożarze. Mówił, że z tej polany najlepiej widać było pogorzelisko — powiedział, nie odwracając głowy.
Nazwał się Dominik. Pamiętałem jego ojca. Krzysztof, chudy jak szczapa, z papierosem w kąciku ust. Rzeczywiście sadził ten las po pożarze. Zginął trzy lata później na drodze pod Grybowem, wjechał w niego tir z jabłkami. Był u nas lubiany — to on wybrał tę polanę na miejsce odpoczynku dla brygady, bo stąd, mówił, widać cały efekt roboty.
Nie powiedziałem Dominikowi, że go znałem. To byłoby zbyt proste. Zamiast tego dałem mu siekierę i kazałem przygotować kołki pod siatkę leśną. Poradził sobie. Lepiej niż ci, którzy mieli więcej siły i mniej powodów.
Czwartego dnia przyszła wiadomość, że fundacja, która sponsoruje ten obóz, wycofała się z finansowania. Zostało ich czterdziestu w lesie, z namiotami i prowiantem na trzy dni. Nadleśniczy chodził i klął pod nosem. Ja też nie wiedziałem, co robić. Obóz miał trwać tydzień, a tu nagle okazuje się, że nie ma za co dowieźć jedzenia, nie mówiąc o materiałach do nasadzeń. Miałem ich odesłać do domu. Nikt by się nie zdziwił.
Ale Dominik podszedł do mnie wieczorem, kiedy inni już spali.
— Panie inżynierze, myśmy już tutaj zaplanowali nasadzenia. Czterdzieści arów, pod jodły. Materiał mamy, tylko go trzeba przywieźć. Da się?
— A za co? — spytałem.
— Ja mam czterysta dwadzieścia złotych na koncie. Resztę zrzucą się chłopaki. Paliwo do samochodu pana Marka wystarczy, on ma bagażówkę. — Wskazał na chłopaka w rozciągniętej bluzie, który okazał się mieć dostawczaka zaparkowanego pod leśniczówką.
Nie wiem, dlaczego się zgodziłem. Może przez tę bliznę nad brwią. Może przez to, że powiedział „myśmy już zaplanowali”, jakby ten las naprawdę do nich należał.
Następnego dnia o piątej rano pojechaliśmy do szkółki w Sękowej. Marek prowadził, Dominik pilnował skrzynek, a ja udawałem, że nie widzę, jak jeden z chłopaków liczy monety w foliowej torebce. Niecałe osiemnaście złotych. Położył to na pace, obok sadzonek. Zebrało się w sumie niewiele ponad czterysta złotych — reszta pieniędzy miała, jak mówili, spłynąć od rodzin, tydzień albo dwa później. Na razie starczyło ledwie na benzynę do Ropy i z powrotem.
Sadzili cały dzień. Ja tylko pokazywałem, gdzie mają wbić szpadel. Resztę robili sami. Wieczorem nie chcieli jeść, dopóki nie skończyli rzędu. Było ciemno, świecili latarkami w telefonach. Kiedy wrócili do namiotów, buty mieli mokre do kolan. Ale żaden nie narzekał.
Siadłem na pniu, żeby zapiąć kurtkę — tym samym, przy którym Dominik codziennie rano stawał i patrzył w stronę Magury — i wtedy zobaczyłem, że przy korzeniach leży coś, czego rano tam nie było. Koperta, wciśnięta między mech a korę, jakby ktoś czekał, aż zrobi się ciemno i wszyscy wrócą do namiotów. Rozerwałem ją. W środku były pieniądze — same pięćdziesiątki i setki — oraz kartka z długopisowego pisma: „Na jodły po Krzysztofie. Nie mówcie, że ode mnie”. Bez podpisu.
Pieniędzy było dwanaście tysięcy. Ktoś, kto znał Krzysztofa, musiał widzieć, jak jego syn stoi codziennie na tej samej polanie, i domyślił się, gdzie chłopak usiądzie pierwszego wolnego wieczoru. Nie sprawdzałem drugi raz — wystarczyło na materiał, na paliwo i jeszcze zostawało na obiad w karczmie w Ropie dla wszystkich. Kiedy powiedziałem o tym Dominikowi, popatrzył na kopertę, potem na górę, i przez chwilę wyglądał jak ktoś, kto chce coś powiedzieć, ale boi się, że głos mu pęknie.
— Stary — wyszeptał. Po czym wziął kopertę, schował do kieszeni bluzy i wrócił do chłopaków.
Ostatniego dnia autokar przyjechał po nich w południe. Kiedy wsiadali, zobaczyłem, że na pace samochodu Marka leży koperta. Ta sama, tylko grubsza — resztę dołożyły rodziny, które w końcu przelały obiecane pieniądze, i zostało z tego, co nie poszło na materiał. W środku było prawie dwa tysiące złotych. Marek podał mi ją w progu: „To dla pana, na następne nasadzenia. Bez podpisu, tak jak tamto”. Oddałem mu. Powiedziałem, że leśniczy nie przyjmuje pieniędzy od zielonych. Zaśmiał się, ale koperty nie wziął. Położył ją na parapecie i wsiadł do auta.
Stałem, dopóki nie zniknęli za zakrętem, i jeszcze chwilę słuchałem silnika, który cichł gdzieś za lasem w stronę Gorlic. Potem poszedłem do leśniczówki, otworzyłem sejf i położyłem obie koperty obok map sprzed stu lat, tam gdzie leżały jeszcze papiery po zalesianiu z osiemdziesiątego ósmego roku, podpisane ręką Krzysztofa. Zamknąłem drzwiczki sejfu i przez chwilę stałem z ręką na chłodnym metalu, zanim zgasiłem światło w kancelarii.







