Trzy sekundy nad Wisłą, które oddały Frankowi oddech

Cztery studentki z Politechniki Krakowskiej jechały na weekendowy zjazd kół naukowych do Sandomierza. Ola Wichrowska prowadziła, obok siedziała Basia Rogulska z termosem kawy między kolanami, z tyłu Ewa Duszyńska i Marta Ciepielewska kłóciły się o to, czy zdążą na obiad w tej gospodzie przy rynku, co to podobno robi najlepsze pierogi z gęsiną w promieniu stu kilometrów. Radio grało coś z listy przebojów, za oknem mijały pola rzepaku, żółte jak farba rozlana na horyzoncie. Nikt z nich nie myślał wtedy o niczym poważniejszym niż to, czy starczy miejsca w bagażniku na plakaty.

Droga szła wzdłuż starego kanału melioracyjnego pod Opatowem, tego samego, który po wiosennych roztopach zamienia się w coś więcej niż rów. Ola pierwsza zauważyła srebrny opel na poboczu — a raczej to, że go tam nie było, tylko ślad kół prowadził w dół nasypu i urywał się w wodzie. Zahamowała tak gwałtownie, że kawa Basi wylała się na deskę rozdzielczą.

W kanale, zanurzony po lusterka, stał samochód. Za szybą było widać kobietę walczącą z pasem, a obok niej — dziecięcy fotelik. Ola zadzwoniła pod 112, rzucając telefon Marcie, i już biegła w stronę wody, nie zdejmując butów.

Woda sięgała jej do piersi, lodowata, mimo że kalendarz pokazywał drugą połowę kwietnia. Basia i Ewa weszły zaraz za nią. Kobieta w aucie, później okazało się, że nazywała się Renata Sobczyk, krzyczała jedno imię — Kubuś — i wskazywała na tylne siedzenie. Sama nie mogła się wydostać, drzwi zablokowane ciśnieniem wody, a obok niej starszy syn, siedmioletni Antek, już był na wpół wyciągnięty przez okno, kaszlał, ale oddychał.

Malec z tyłu, czterolatek, wciąż siedział w foteliku. Pod wodą.

Ewa nurkowała trzy razy, zanim znalazła klamrę zapięcia — ręce jej się trzęsły, paznokcie ślizgały się po mokrym plastiku, a Basia w tym czasie trzymała głowę Renaty nad powierzchnią, bo kobieta już traciła siły. Za czwartym razem klamra puściła. Ewa wyciągnęła chłopca przez otwarte okno, przekazała go Marcie, która czekała na brzegu po kolana w błocie.

Usta dziecka były sine. Nie oddychał.

Marta pracowała trzy lata jako ratownik na basenie miejskim w Tarnowie, na Krupniczej — te szkolenia z pierwszej pomocy, które zawsze wydawały się formalnością, nagle stały się jedyną rzeczą, jaka miała znaczenie. Ułożyła chłopca na trawie, odchyliła głowę, zaczęła uciskać klatkę piersiową. Trzydzieści uciśnięć, dwa oddechy. Znowu trzydzieści. Obok stała Renata, mokra, bosa, bo but zgubiła w kanale, i powtarzała jego imię tak cicho, że ledwo było je słychać przez własny oddech.

Po czterdziestu, może pięćdziesięciu sekundach chłopiec zakrztusił się wodą i zapłakał.

Renata upadła na kolana obok niego, przyciskając go do siebie tak mocno, że Marta musiała jej delikatnie odsunąć ręce, żeby sprawdzić puls. Karetka przyjechała jedenaście minut później — z Opatowa, bo bliżej nie było. Wszystkie pięć osób, cztery studentki i matka z dziećmi, trafiły do szpitala powiatowego na obserwację, przemoczone do suchej nitki, w szpitalnych kocach koloru musztardy.

Komenda Powiatowa Policji w Opatowie oficjalnie podziękowała dziewczynom tydzień później, na krótkiej konferencji przed budynkiem komendy. Komendant wręczył każdej list gratulacyjny i powiedział coś o obywatelskiej odwadze, co Ola zapamiętała tylko fragmentami, bo cały czas patrzyła na Antka, który przyszedł z matką i trzymał w ręku rysunek — cztery patyczkowate postacie nad niebieską kreską, podpisane starannym dziecięcym pismem: "moje anioły".

Do Sandomierza dojechały tego dnia z opóźnieniem dziewięciu godzin. Zjazd kół naukowych skończył się bez nich, pierogi z gęsiną zjadły bez nich koleżanki z roku. Nikt z czwórki nie żałował.

Renata Sobczyk odnalazła je trzy miesiące później przez profil uczelni na Facebooku. Napisała, że Kuba, tak naprawdę ma na imię Kacper, ale rodzina mówi na niego Kubuś od małego, poszedł we wrześniu do przedszkola, biega, śmieje się, nie pamięta nic z tamtego dnia. Zaprosiła całą czwórkę na jego piąte urodziny, w październiku, do siebie, do Ostrowca Świętokrzyskiego. Przyszła cała czwórka. Antek podarował każdej po narysowanym własnoręcznie serduszku, a Kubuś, który faktycznie nie pamiętał niczego, przez cały wieczór trzymał się blisko Ewy, jakby coś w nim jednak wiedziało, kogo ma trzymać się najbliżej.

Renata nie powiedziała im wtedy "dziękuję" w sposób, który dałoby się zapisać jednym zdaniem. Zamiast tego, gdy dzieci poszły spać, wyjęła z szuflady kopertę i podała ją Oli. W środku była kopia aktu notarialnego — Renata przepisała na fundację dla dzieci po wypadkach drogowych w regionie świętokrzyskim równowartość odszkodowania, które dostała od ubezpieczyciela za auto, osiemnaście tysięcy złotych, z dopiskiem, że fundusz będzie nosił imię jej syna. Powiedziała tylko, że nie chce pieniędzy za to auto, że auto to złom, a chłopiec żyje, i że to jedyne rozliczenie, jakie umie zrobić.

Ola trzyma tę kopię do dziś w segregatorze z dokumentami studenckimi, między indeksem a umową o staż. Czasem, kiedy szuka czegoś zupełnie innego, natrafia na nią palcami i zatrzymuje się na chwilę dłużej, niż to konieczne.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Trzy sekundy nad Wisłą, które oddały Frankowi oddech