Woda z cytrynąOdkryła, że szklanka wody z cytryną każdego ranka potrafi odmienić cały dzień.

Drogi pamiętniku,

ja, Grażyna Krawczyk, nie piję jej od ponad dziesięciu lat.

Unikam. Tak jak unika się starych ran. Jak nie wraca się do kawiarni, w której ktoś wręczył pierścionek, a później go odebrał. Jak nie ogląda się filmów, które oglądało się razem.

Woda z cytryną stała się symbolem straty. Tego, który nie wróci. Tego, którego nie chcę wracać.

***

Pamiętam wszystko tak, jakby to było wczoraj. W najdrobniejszych szczegółach.

Grecja…

Przylecieliśmy na Rodos pod koniec maja. Przemek – Przemysław Zawadzki – powiedział:
– To będą najlepsze wakacje w twoim życiu.

Miałam dwadzieścia osiem lat. On – trzydzieści dwa. Spotykaliśmy się od ośmiu miesięcy. Moja szczoteczka do zębów już stała w jego łazience. On znał moje koleżanki. Wszyscy dookoła byli pewni, że niedługo ślub.

Hotel „Asteria” nie był najdroższy, ale przytulny. Białe ściany, błękitna woda w basenie, palmy, o które dbał ogrodnik o smutnych oczach. Pokój na trzecim piętrze z widokiem na morze.

Wprawdzie z kranu leciała rdzawa woda, klimatyzacja pracowała raz na jakiś czas, a sąsiedzi z góry hałasowali nocami.

I mimo wszystko byliśmy szczęśliwi!

Tak mi się w każdym razie wydawało.

Pierwszego dnia zamówił gazowaną wodę z cytryną.
– Próbowałaś? – zapytał, mrużąc oczy.
– Nie.
– To smak miłości.

Roześmiałam się.

A on… nie żartował. Szczerze wierzył w przesądy, w znaki, w to, że jeśli pije się taką wodę o zachodzie słońca, miłość będzie trwać wiecznie.

I piliśmy. Prosto z butelki, dzieląc ją na dwoje.

Kwaśno, słodko, bąbelki łaskotały język.

Patrzył na mnie zakochanymi oczami. Tonęłam w nich bez reszty.

– Obiecajmy, że zawsze będziemy pić wodę z cytryną – powiedział marzycielsko.
– Obiecuję – zgodziłam się, nie przypuszczając, że ten smak stanie się moim przekleństwem.

***

Po powrocie wszystko jakoś się posypało. Stał się chłodniejszy. Odwołał jedno spotkanie, potem drugie, potem przestał dzwonić, a kiedy dzwoniłam, odbierał co drugi raz.

Znosiłam. Myślałam: praca, kryzys, depresja.

Po miesiącu powiedział:
– Muszę pobyć sam, przemyśleć sprawę.

Po dwóch miesiącach:
– Nie dzwoń do mnie więcej.

Po trzech miesiącach zniknął bez słowa.

Telefon milczał. Wspólni znajomi mówili, że nie wiedzą, gdzie jest. Jego matka wycedziła przez zaciśnięte zęby do słuchawki:
– Syn nie chce z tobą rozmawiać. Nie dzwoń. Nie męcz ani jego, ani siebie.

Nie dzwoniłam. Czekałam. Rok.

Potem wyszłam za mąż za kogoś innego. Dobrego, solidnego, zupełnie zwyczajnego. Nie pił wody z cytryną, nie patrzył na mnie zakochanymi oczami, nie mówił: „Jesteś moim życiem”.

Po prostu był obok. Przynosił pensję, robił coś w domu, gdy prosiłam.

Uznałam, że to miłość. Spokojna, prozaiczna, dorosła.

Ani to, ani to.

Urodziłam córkę. Mąż się cieszył, ale jakby z dystansu, jakby dziecko było nową szafą z Ikei.

Po pięciu latach rozwiedliśmy się.

Nie mogłam już żyć w „bagnie”. Tak to nazywałam. Nie z powodu wody z cytryną, nie z powodu Grecji, nie z powodu wspomnień. Po prostu zrozumiałam: nudne małżeństwo to klatka.

Nie byłam ptakiem. Byłam kobietą. Chciałam żyć, nie egzystować.

Zostałam sama. Z córką, z kotką i z poczuciem, że życie mi się nie udało.

Praca w księgowości w małej firmie, mieszkanie na kredyt, samochód, który wciąż odmawiał posłuszeństwa. Koleżanki się rozjechały, mama umarła, ojca nie znałam. Córka. I kotka.

Wody z cytryną nie piłam. Ani niczego, co choćby odrobinę przypominało tamten przeklęty smak.

W restauracjach zamawiałam colę, sok albo niegazowaną wodę. Wmówiłam wszystkim, że mam alergię na cytryny, nawet na ich zapach.

– Od kiedy?
– Od dawna.

Nikt nie znał prawdy. Była zbyt głupia dla czterdziestoletniej kobiety.

Naprawdę bałam się wody. Cytryny. Bąbelków.

I wspomnień.

***

Kiedyś przyłapałam się na tym, że nie pamiętam jego twarzy.

Siedziałam w kuchni, piłam herbatę, patrzyłam w okno. Kinga odrabiała lekcje, Mruczka spała na parapecie.

I nagle pomyślałam: „Jaki on ma nos? Prosty czy z garbkiem? A oczy? Brązowe czy zielone? A włosy? Ciemne czy jasne?”

Nie pamiętałam!

Pamiętałam tylko wodę z cytryną.

Któregoś wieczoru weszłam do Biedronki. Chleb, mleko, jajka, karma dla kota. I w pewnym momencie – na półce z napojami – zobaczyłam ją. Wodę z cytryną. Taką samą jak w Grecji. Ta sama żółta etykieta, cytryna przekrojona na pół. Te same bąbelki tańczące w środku.

Wzięłam butelkę do ręki. Potrzymałam. Odłożyłam. Odeszłam. Wróciłam. Znów wzięłam.

– Pani, będzie pani brać? – zapytał młody pracownik w firmowym uniformie, rozpakowujący skrzynki.

– Nie – odpowiedziałam i wyszłam.

Całą drogę do domu myślałam o wodzie. O nim. O Grecji. O tym, jak głupio bać się czegoś, czego już dawno nie ma.

W nocy nie spałam. Leżałam na kanapie i wpatrywałam się w sufit. Słyszałam, jak córka przewraca się z boku na bok w swoim pokoju. Przyszła Mruczka, położyła się na mojej piersi i zamruczała. Cisza.

Nagle zerwałam się, narzuciłam kurtkę, wsunęłam stopy w kapcie, chwyciłam klucze i wybiegłam.

W Biedronce kupiłam tę wodę z cytryną. Jedną butelkę. Nic więcej.

Wróciłam, poszłam do kuchni, wyjęłam szklankę. Najzwyklejszą, bez wzoru. Zrobiłam głęboki wdech. Otworzyłam butelkę. Rozległ się syk – bąbelki wyrywały się na wolność.

Nalałam pół szklanki. Powąchałam.

Pachniało Grecją. Morzem. Młodością. Bólem. Tamtym zachodem słońca, kiedy powiedział: „To smak miłości”.

Wypiłam.

I… nic się nie stało.

Nie wróciły wspomnienia, nie popłynęły łzy, serce nie ucisnęło. To była po prostu gazowana woda o smaku cytryny.

Najzwyklejsza.

Dopiłam, wyrzuciłam butelkę do kosza, umyłam szklankę i postawiłam ją na suszarce. Poszłam spać. Pierwszy raz od wielu lat zasnęłam bez tabletek nasennych.

Rano obudziłam się z uśmiechem.

– Mamo, co ci jest? – zapytała Kinga, zauważając zmianę.
– Nic.
– Jesteś dziwna.
– Jestem normalna. Po prostu się wyspałam.

Cały dzień było mi dobrze. Nie jak zwykle – rano przytłoczenie, w południe zmęczenie, wieczorem niechęć do ludzi.

Tego dnia czułam się lekko. Swobodnie. Jakby ktoś zdjął z moich pleców plecak, który nosiłam przez ponad dziesięć lat.

Wieczorem kupiłam następną butelkę. Wypiłam. Uśmiechnęłam się.

– Głupia jestem – powiedziałam do siebie. – Czego się bałam?

Zrozumiałam: woda z cytryną nie była moim wrogiem. Wróg siedział w mojej głowie i ciągle szeptał:
„Nie pij, bo wszystko sobie przypomnisz, nie zapomnisz i znowu będziesz cierpieć…”

I proszę: wypiłam i zostałam cała i zdrowa. Co więcej – byłam spokojna i szczęśliwa.

Zapomniałam…

Po tygodniu spotkałam się z Bożeną. Przyjaźniłyśmy się od czasów studiów.

– Bożena, znowu piję wodę z cytryną – rzuciłam.
– Co? – zakrztusiła się.
– Prawie codziennie.
– A alergia?
– Żadnej alergii nie było.
– I co teraz?
– Teraz jestem wolna.
– Nie chcesz mu napisać?
– Po co?
– Może wciąż o tobie myśli i cię kocha.
– Niech myśli. A ja – zapomniałam.

Wybrałam zapomnienie. Teraz woda z cytryną to nie przeszłość. To życie, które toczy się dalej.

Na przekór wszystkiemu. Albo dzięki niemu.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Woda z cytrynąOdkryła, że szklanka wody z cytryną każdego ranka potrafi odmienić cały dzień.