Antek bardziej lubił letnie wędkowanie, ale zimą też regularnie wyjeżdżał parę razy. Jak mawiał, „pomarznąć trochę”. Ryb specjalnie nie przywoził, ale na zupę rybną wystarczało i jeszcze zostawało dla okolicznych kotów.
I teraz Antek sprawdził, że lód na jeziorze jest już gruby, i zaczął się szykować na kolejny wypad. Rano po cichu zebrał sprzęt, wyjął z lodówki kanapki i na palcach wyszedł na podwórko – żona Kasia i dzieci wtedy spały jak susły.
Na jeziorze też nikogo nie było. Widać nawet zapaleni wędkarze woleli spędzać świąteczny leniuch w domu przy sałatkach, niż na mrozie. Antkowi to jednak nie przeszkadzało.
„Mnie więcej ryb się dostanie” – pomyślał i powoli zaczął rozwijać wędki.
Mniej więcej wtedy zauważył jakieś poruszenie przy brzegu. Spory kudłaty pies ostrożnie wszedł na lód i spojrzał prosto na Antka. Wszystko wskazywało na to, że psiak spędził w lesie sporo czasu: niechlujny wygląd, zapadnięte boki, ostrożne spojrzenie.
Pies ostrożnie podszedł do Antka, lekko merdając ogonem, jakby dawał do zrozumienia, że nie ma się czego bać. Antek i tak już wiedział, że pies najprawdopodobniej kiedyś był domowy – dziki dawno by uciekł i nie próbował się zapoznać.
Pies uważnie obserwował przebieg wędkowania. Szczególnie cieszył się, gdy Antek wyciągał z przerębla kolejną rybę. Za każdym razem podskakiwał i merdał ogonem, jakby radował się z sukcesu wędkarza.
Kanapki podzielili po równo – dobrze, że Kasia naszykowała ich Antkowi z zapasem. Pod koniec posiłku pies tak się ośmielił, że obwąchał termosi z herbatą. Ale tego napoju nie pochwalił.
Kłopot pojawił się, gdy Antek zaczął się pakować do domu. Pies ewidentnie nie zamierzał nigdzie iść i kręcił się koło samochodu. Antek się zawahał – sprowadzanie do domu dorosłego psa nie wchodziło w jego plany.
Gdy samochód ruszył, psiak pobiegł za nim, nie po jezdni, ale poboczem, gniotąc łapami śnieg. Antek najpierw się oglądał, potem ponuro wpatrywał się w drogę, ale po paru minutach nie wytrzymał i obejrzał się. Pies, choć chudy, nie odstawał. Antek westchnął i nacisnął hamulec.
W domu wędkarza witała cała rodzina – dzieci i Kasia właśnie skończyli śniadanie i wyszli lepić bałwana. „No i co, duży dzisiaj połów?” – uśmiechnęła się żona do Antka. „Ryb nie tak wiele. Za to jakiś spory okaz się złapał” – zaśmiał się Antek i otworzył tylne drzwi samochodu. Pies nieśmiało wysiadł i zaczął merdać ogonem…
Po paru tygodniach zniknęły wszystkie wątpliwości, czy zostawić psa. Kundel, który dostał niezwykłe imię Karaś, już na dobre zadomowił się na podwórku i nawet pozwalał dzieciom jeździć na sobie. Weterynarz potwierdził, że pies jest całkiem zdrowy, tylko wychudzony. Ale to da się naprawić – na gospodarskim wikcie…







