– Wiktor, herbaty się napijesz? – zawołała z kuchni sąsiadka Zofia Kowalska. Często do niego wpadała – to pierogi przyniosła, to rosół. Mówiła: „Sam jak palec. Jeść trzeba”.
– Nie trzeba, Zosiu – machnął ręką, nie odwracając się.
Rok minął. Cały rok.
A on wciąż nie mógł sobie wybaczyć. Żeby go jasność, ten dzień.
Się spieszył wtedy. Do Krakowa musiał jechać, do notariusza. Papiery jakieś po zmarłej żonie podpisać. Nerwy napięte, w głowie huczy, a tu Bursztyn, jego pies.
Zwykły kundel z mądrymi oczami i wiecznie merdającym ogonem. Gdy Ania umarła, tylko on został. Jedyna żywa istota w domu, która witała go z pracy, cieszyła się z każdego jego powrotu.
I oto w tamten dzień na porannym spacerze kręcił się pod nogami. To coś przy krawężniku obwąchał, to z powrotem szarpnął. Smycz napinała się, luzowała.
– Bursztyn, stójże! – warknął wtedy. Szarpnął smycz. Mocno szarpnął.
Pies pisnął.
A on się nie zatrzymał. Szedł dalej, zły na cały świat. Na siebie.
Stanęli na szosie. Tiry huczały obok, osobówki pędziły. On wyjął telefon – chciał zadzwonić, sprawdzić godzinę. I wtedy…
Szarpnięcie. Karabińczyk się odpiął, a pusta smycz została w dłoni.
Bursztyn rzucił się przez jezdnię.
Krzyczał. Biegł za nim, machając rękami, zatrzymując auta. Ale pies zniknął w przydrożnych krzakach. Po prostu rozpłynął się.
Szukał go. Trzy dni chodził wzdłuż szosy, wołał, gwizdał.
Potem się poddał.
Uznał – zginął. Pod koła wpadł albo zamarzł gdzieś w lesie. Winien on. Nakrzyczał, szarpnął. I kara.
A wczoraj zadzwonili.
– Dzień dobry, to Wiktor Kowalski? Miał pan psa?
Głos kobiecy. Młody. Lekko napięty.
– Miałem.
– Jesteśmy ze schroniska „Nadzieja”. Przywieźli nam psa. Po czipie pana numer. Mógłby pan przyjechać?
Serce skoczyło do gardła.
– Jaki pies?
– Rudy kundel. Już stary. Kuleje na tylną łapę.
Milczał. Ściskał telefon, aż zbielały kostki palców.
– Pan przyjedzie? – spytała dziewczyna.
– Przyjadę.
I oto teraz stał przy oknie i nie mógł się zmusić, by ruszyć z miejsca.
Klucze do auta leżały na stole. Kurtka wisiała w przedpokoju. Tylko godzina drogi.
Ale bał się.
Bał się, że to nie on.
I bał się, że to on.
Schronisko powitało go szczekaniem.
Dziesiątki głosów – cienkich, chrapliwych, zdesperowanych – zlały się w jeden wyjący chór. Wiktor zamknął drzwi auta i znieruchomiał. Ręce drżały.
„Stary głupcze – pomyślał. – Czego się trzęsiesz jak galareta?”
Ale nogi jakby wrosły w asfalt.
– Pan Wiktor? – z furtki wyszła dziewczyna. Młoda, w wytartej kurtce, włosy schowane pod wełnianą czapką. – Jestem Kasia. Rozmawialiśmy wczoraj.
Skinął głową. Gardło ścisnęło – słowa nie przechodziły.
– Chodźmy. Ona w dalszym kojcu.
Szli obok klatek. Psy rzucały się do krat, skomlały, drapały pręty łapami. Wiktor patrzył pod nogi. Śnieg chrzęścił pod podeszwami.
– Wie pan – zaczęła Kasia – przywieźli ją dopiero przedwczoraj. Rodzina jednej starszej pani. Ta zmarła, a oni psa nie mogą zatrzymać.
– Starszej pani?
– Tak. Weronika Nowak. Mieszkała przy szosie, w małym domku. Mówią, że psa znalazła rok temu. Leczyła go. Łapa była złamana, pewnie auto potrąciło. Pani Weronika go wykurowała, ale z podwórka nie wypuszczała – bała się, że znów na drogę wybiegnie.
Wiktor stanął.
– Na obroży był numer?
– Był. Ale cyfry się starły prawie. Pani Weronika próbowała dzwonić, ale nie mogła się dodzwonić – to zły numer wybierała, to… No, nie wyszło. A potem uznała, że właściciel sam porzucił. Skoro nie szuka.
Wiktor zacisnął dłonie w kieszeniach. Przecież on był żywy. Cały ten czas żywy. A on nawet nie próbował szukać dalej po tych trzech dniach.
– Proszę – Kasia zatrzymała się przy ostatnim kojcu. – Tutaj jest.
Wiktor podniósł oczy.
I zobaczył swojego Bursztyna.
Siedział w kącie na starym kocu. Rudawa sierść spłowiała, pysk posiwiał. Jedna tylna łapa podwinięta – kulał, widać, do dziś.
Pies podniósł głowę. Spojrzał na niego. I znieruchomiał.
Wiktor zrobił krok naprzód. Drugi. Palce ścisnęły zimne pręty kraty.
– Bursztyn? – wychrypiał. Głos zdradziecko zadrżał.
Pies drgnął. Uszy stanęły słupka.
– To ja. Chłopcze mój, to ja.
Pies wstał. Kulejąc, zrobił kilka kroków w stronę kraty. Zatrzymał się metr od niego.
Po prostu stał i patrzył.
Wiktor opadł na kolana prosto w śnieg. Wyciągnął rękę przez pręty.
– Wybacz mi – wyszeptał. – Wybacz, rudzielcu głupi. Krzyczałem wtedy. Szarpnąłem cię. A potem przestałem szukać. Pomyślałem, że zginąłeś. Przestraszyłem się, rozumiesz?
Łzy popłynęły same.
Pies postąpił krok do przodu. Jeszcze krok. Ostrożnie, jakby sprawdzał, czy nie zniknie.
Wiktor zamarł. Nawet oddech wstrzymał.
I wtedy Bursztyn podszedł całkiem blisko. Szturchnął go zimnym nosem w dłoń. Polizał palce.
– Otworzyć? – cicho spytała Kasia, stojąca obok i niepostrzeżenie ocierająca łzę.
Wiktor skinął.
Zamek kliknął. Drzwi kojca się otworzyły.
I Bursztyn, kulejąc, niezdarnie, ale rzucił się prosto do niego. Przytulił się do nogi i zaczął radośnie merdać ogonem.
Wiktor objął go. Zatopił twarz w rudej sierści.
– Do domu jedziemy – wyszeptał. – Słyszysz? Do domu. I już nigdzie cię nie puszczę. Nigdzie.
Bursztyn cichutko zaskomlał.
I jeszcze mocniej zamachał ogonem.
– On słabo je – cicho powiedziała Kasia, przysiadając obok na kucki. – Pierwsze dni w ogóle odmawiał. Myśleliśmy, no wie pan. Tak bywa – pies trafia do schroniska i po prostu gaśnie. Szczególnie stare. One przywiązują się do ludzi bardziej, niż myślimy.
– Wiem – ochryple wykrztusił Wiktor. – Zawsze wiedziałem.
Pogłaskał Bursztyna po głowie. Pies otworzył oczy – mętne, zmęczone – i spojrzał na niego. I w tym spojrzeniu było wszystko.
– Kasiu – Wiktor podniósł wzrok – a on da radę? No, znaczy, pożyje jeszcze?
Dziewczyna westchnęła.
– Weterynarz mówi – serce słabe. Łapa zrosła się źle, dlatego kuleje. Zębów prawie nie ma. Ale wie pan, pracuję tu trzy lata. I widziałam różne rzeczy. Psy – one nie są jak ludzie. One nie umierają od chorób. One umierają z tęsknoty. A jak jest dla kogo żyć…
Nie dokończyła. Ale nie trzeba było.
Wiktor zrozumiał.
Ostrożnie podniósł się na nogi.
– Jedziemy do domu, chłopcze – wyszeptał. – Zosia Kowalska nagotowała kotletów. Lubisz kotlety, prawda? I będziesz spał na kanapie. Na mojej kanapie. Której ci zawsze zabraniałem, pamiętasz? Już nie będę. Śpij, gdzie chcesz. Tylko nie odchodź, dobrze?
Bursztyn polizał go w policzek.
I Wiktor poczuł – po raz pierwszy od roku – jak coś w środku odtajało.
– Dziękuję – odwrócił się do Kasi.
– Niech go pan strzeże – skinęła. – I siebie też.
Wiktor posadził Bursztyna na przednim siedzeniu, otulił starą kurtką. Sam usiadł za kierownicą.
Odpalił auto i pojechał do domu.
Zofia Kowalska aż sapnęła, widząc ich w progu.
– Wiktorze! A to, to Bursztyn?!
– Ten sam – Wiktor ostrożnie wniósł psa do przedpokoju, postawił na podłodze. – Znalazł się.
– Jezu – sąsiadka klasnęła w dłonie, przykucnęła. – Chłopcze ty mój! Schudłeś tak. Wiktorze, prowadź go do kuchni, zaraz mu jeść dam!
Bursztyn obszedł mieszkanie powoli, kulejąc. Obwąchał każdy kąt, każdą znajomą rzecz. Potem wrócił do Wiktora i położył się u jego stóp.
– I słusznie – pokiwał głową. – Zostajesz ze mną.
Zofia nakarmiła Bursztyna – po trochu, ostrożnie, by nie zaszkodzić. Pies jadł łapczywie, krztusząc się, jakby się bał, że mu odbiorą.
– Cicho, cicho – uspokajał Wiktor, głaszcząc go po grzbiecie. – Nigdzie nie ucieknie. Jedz spokojnie.
Wieczorem Bursztyn wdrapał się na kanapę. Wiktor go nie przegonił – jak obiecał. Przykrył go tylko ciepłym kocem, usiadł obok.
Włączył telewizor, ale nie patrzył. Tylko głaskał rudą sierść i milczał.
A Bursztyn położył głowę na jego kolanach i zamknął oczy.
I jego ogon lekko się poruszał – całkiem nieznacznie, ale poruszał.
Wiktor patrzył w okno. Za szybą padał śnieg – taki sam jak rok temu. Taki sam jak w ten przeklęty dzień na szosie.
Ale teraz wszystko było inaczej.
Po raz pierwszy od roku nie bał się jutra.
Bo wiedział: jutro Bursztyn obudzi się obok. I pojutrze. I tyle dni, ile im zostało.







