Grażyna zatrzasnęła zamek i z ulgą wypuściła powietrze. No i dobrze. Dwa dni wolnego przed nią, żadnych kolejek, żadnego ważenia towaru, żadnych dostaw.
– Pani Grażyno, a jutro pani pracuje? – dobiegł ją znajomy głos.
Nie zdążyła się nawet odwrócić – już wiedziała, kto to. Stanisław Wiśniewski. Zawsze nie w porę.
– Jutro niedziela – odparła sucho, nie obracając się. – Wolne.
– A-a. Rozumiem. No nic, to w poniedziałek wpadnę.
Grażyna w końcu się odwróciła. Staruszek stał z przetartą siatką na zakupy, w wyblakłej kurtce, i patrzył na nią jakoś zagubiony. Jakby na coś liczył.
„Znowu będzie przez pół godziny grosze przeliczał” – przemknęło jej przez myśl.
– W poniedziałek proszę przyjść – rzuciła i ruszyła w stronę bloku.
A on zawsze tak – przychodzi tuż przed zamknięciem, wybierze dwie-trzy drobnostki, potem przy kasie zacznie grzebać w portfelu, monety przeliczać. Kolejka się za nim ustawi, ludzie wzdychają, a on jakby nie widział. Taki powolny. Irytuje tylko.
W niedzielę rano, przechodząc koło sklepu, Grażyna stanęła jak wryta.
Pod drzwiami siedział kot. Zwykły podwórkowy, bury, wyłysiały i bardzo chudy. Ale dziwne – nie tylko siedział. Biegał od drzwi do okna, drapał pazurami próg, zaglądał w szparę, miauczał. I to tak żałośnie, tak rozpaczliwie.
– A sio! – machnęła ręką Grażyna.
Kot nawet drgnął. Tylko patrzył na drzwi.
„Bezdomny” – pomyślała Grażyna i poszła dalej.
W poniedziałek Grażyna zbliżała się do sklepu z ciężkim sercem. Kot nigdzie nie zniknął. Leżał zwinięty w kłębek na progu, wyczerpany.
Klucz obrócił się w zamku. Drzwi się otworzyły.
I wtedy Grażyna usłyszała. Cieniutki, ledwo wychwytalny pisk. Gdzieś w kącie, za regałami.
Weszła do środka, przyjrzała się – i serce zamarło.
Kotek.
Malutki, ślepy, bezradny. Leżał wśród kartonowych pudeł, żałośnie piszczał, poruszał łapkami.
Kot wpadł za Grażyną, skoczył do kotka, zaczął go lizać, mruczeć.
– Boże – szepnęła Grażyna. – Więc ty próbowałeś się do niego dostać.
Grażyna stała nad kartonowym pudełkiem i nie wiedziała, co robić. Kot ułożył się obok kotka, lizał go, mruczał – pierwszy raz od doby uspokojony.
A Grażynie w głowie jedna myśl: „W sklepie nie można trzymać zwierząt. Gdzie je podziać?”
– Słuchaj, no nieźle ty dajesz – mruknęła na głos. – Jak ty się tu w ogóle dostałeś? Kiedy zdążyłeś?
Kot tylko przytulił się mocniej do kotka.
Grażyna przypomniała sobie: w piątek wieczorem, gdy zamykała, przy wejściu tłoczyli się klienci. Ruch, pośpiech. Pewnie wtedy wślizgnął się. Niepostrzeżenie. A urodził już w nocy, gdy sklep stał pusty.
I całą niedzielę miotał się na zewnątrz, próbując wrócić.
– Dobra – westchnęła Grażyna. – Teraz coś wymyślimy.
Nalała kotu wody do plastikowego kubka, odłamała kawałek gotowanej kiełbasy ze swojej kanapki. Kot pił łapczywie, prędko, jakby się bał, że mu odbiorą.
Potem Grażyna otworzyła sklep dla klientów.
Pierwsza weszła sąsiadka, ciocia Waleria. Zobaczyła kota z kotkiem i klasnęła w dłonie:
– Ojej, Grażynko! Skąd?
– Ano… – Grażyna machnęła ręką. – Jakoś się dostał. Słuchaj, Walerciu, może go weźmiesz? Twoje wnuki lubią różne stworzenia.
Ciocia Waleria skrzywiła się:
– No mamy już kota. Starego, złego. Wszystkich by zadusił. Nie, nie, przepraszam.
Następny był pan Michał, hydraulik. Też odmówił:
– Żona nie pozwoli. Kicha od sierści.
Potem przyszła młoda matka z dzieckiem. Malec nawet wyciągnął rączki do kotka, ale matka go szarpnęła:
– Nie dotykaj! Brudny! Choroby różne. Chodź stąd.
Grażyna stała za ladą i czuła, jak coś w środku się kurczy. Każda odmowa odbijała się w piersi głuchym stukiem.
„Naprawdę nikt nie weźmie?”
Do południa już straciła nadzieję.
Około trzeciej po południu drzwi się otworzyły i wszedł pan Stanisław.
Jak zwykle – powoli, ostrożnie. Siatka w ręku. Przywitał się cicho, skinął głową.
Grażyna nawet nie zdążyła odpowiedzieć – on zatrzymał się przy wejściu, przykucnął obok pudełka.
– Ojej – powiedział cicho. – A kto to u was?
Kot podniósł głowę, spojrzał na niego czujnie.
Pan Stanisław ostrożnie wyciągnął rękę, pogładził kota po głowie. Kot przymknął oczy, zaczął mruczeć.
– Pani Grażyno – odwrócił się do sprzedawczyni. – A co z nimi będzie?
Grażyna westchnęła:
– Nie wiem, panie Stanisławie. Trzymać tu nie można. A nikt nie chce zabrać.
– Rozumiem.
Przez chwilę milczał, potem znów pogładził kota. Kotek cicho zapiszczał, poruszył się.
– A można – zaczął pan Stanisław i urwał. – Mogę je wziąć?
Grażyna zamarła. Patrzyła na staruszka i nie wierzyła uszom.
– Pan? – powtórzyła. – Naprawdę?
– No tak. – Uśmiechnął się nieśmiało. – Mnie samemu i tak jest nudno. A tu będzie towarzystwo. Tylko nie wiem, jak się nimi opiekować. Ale się nauczę. W internecie poczytam.
Grażyna nagle poczuła, jak do gardła podchodzi gula. Ten powolny staruszek, którego tyle razy poganiała, popędzała, na którego się irytowała.
On okazał się jedynym, który nie przeszedł obojętnie.
– Panie Stanisławie – wykrztusiła. – Dziękuję panu. Naprawdę. Dziękuję.
On zamachał rękami:
– Ależ co pani. Mnie samemu przyjemnie. W domu pusto. Żona trzy lata temu zmarła. Dzieci nie mam. Więc chodzę tu codziennie, żeby z kimś zamienić słowo.
Grażynie zrobiło się wstyd. Tak wstyd, że chciała zapaść się pod ziemię.
Zawsze się denerwowała, że jest powolny. Że opóźnia kolejkę.
A on po prostu był samotny.
Pan Stanisław ostrożnie wziął pudełko z kotem i kotkiem. Podtrzymywał od spodu, żeby się nie trzęsło. Kot patrzył na niego czujnie, ale nie stawiał oporu. Jakby rozumiał – ten człowiek nie skrzywdzi.
– Tylko nie wiem, jak je zanieść do domu – zamyślił się. – Pudełko duże, niewygodne. A one się tam tłuką.
– Niech pan poczeka – Grażyna pobiegła na zaplecze i wróciła z mniejszym, solidnym kartonem. – Proszę, w tym będzie lepiej. I są uchwyty.
Sama przełożyła kota z kotkiem, wyłożyła dno miękką ścierką. Ręce jej drżały. Nie wiadomo czemu – z przejęcia czy ze wstydu, który coraz mocniej gryzł od środka.
– Pani Grażyno, a może mi pani doradzi – pan Stanisław uśmiechnął się niepewnie – co im kupić? Karma jakaś chyba potrzebna? Miska?
Grażyna nagle wyraźnie zobaczyła: staruszek jest zagubiony. Wziął na siebie odpowiedzialność, ale nie ma pojęcia, co robić dalej. I mimo to wziął. Bo nie umiał przejść obojętnie.
– Niech pan zaczeka – powiedziała zdecydowanie. – Zaraz.
Przeszła wzdłuż półek, zbierając wszystko, co potrzebne: puszkę mięsnej karmy dla kota, worek suchej karmy, dwie plastikowe miski, paczkę żwirku do kuwety.
– To dla pana – podała torbę panu Stanisławowi.
– Ależ pani. Ja zapłacę.
– Nie trzeba – ucięła Grażyna. – Ode mnie. Tak po prostu.
Chciał zaprotestować, ale spojrzała na niego tak surowo, że tylko skinął głową:
– Dziękuję. Bardzo dziękuję.
Pan Stanisław podniósł pudełko, torbę, skierował się do wyjścia. W progu odwrócił się:
– Pani Grażyno, a jak pani myśli. Muszę je zawieźć do weterynarza?
– Trzeba – skinęła. – Jutro niech pan idzie. Niech sprawdzi, czy wszystko w porządku.
– Dobrze. Pójdę, oczywiście.
Wyszedł. Drzwi zamknęły się z cichym brzękiem.
Grażyna została sama.
W sklepie było cicho. Pusto. Tylko na podłodze, w kącie, leżało stare kartonowe pudełko – to samo, w którym leżał kotek.
Podeszła, podniosła pudełko, chciała wyrzucić. I nagle nie mogła. Usiadła prosto na podłodze, przycisnęła pudełko do piersi i rozpłakała się.
Łzy płynęły po policzkach, kapały na karton.
Przypomniała sobie, jak irytowała się na pana Stanisława. Jak go poganiała. Jak wzdychała, gdy wchodził do sklepu. Jak myślała: „Znowu ten staruszek. Znowu będzie grosze przeliczał.”
A on taki się okazał.
Bez namysłu wziął kota z kotkiem. Choć sam ledwo wiąże koniec z końcem – widać po ubraniu, po tym, jak liczy drobne w portfelu.
Ale nie przeszedł obojętnie.
„Boże – myślała Grażyna – jaka ze mnie głupia. Jaka ja jestem twarda.”
Otarła łzy dłonią, wstała z podłogi. Wyrzuciła pudełko do kosza. Wróciła za ladę.
Do sklepu zaczęli wchodzić klienci.
Zwykły dzień pracy.
Ale coś w Grażynie się zmieniło. Patrzyła na klientów inaczej. Już nie jak na kolejkę, którą trzeba szybko obsłużyć. Ale jak na ludzi, z których każdy ma swoją historię. I nigdy nie wiadomo, co komu w duszy gra.
Jutro na pewno zapyta pana Stanisława, jak tam kot z kotkiem. Jak się urządzili. Czy nie potrzebują pomocy.
I już nigdy nie będzie go poganiać.
Minęły dwa dni.
Grażyna cały czas czekała na pana Stanisława. Zerkała na drzwi, nasłuchiwała kroków na korytarzu. Ale on nie przychodził.
I niepokój rósł. „A może coś się stało? Może zachorował? Albo z kotem coś nie tak?”
Trzeciego dnia nie wytrzymała.
Spytała sąsiadów o adres. Okazało się, że pan Stanisław mieszka w sąsiednim bloku, na trzecim piętrze.
Grażyna kupiła torbę jabłek, paczkę ciastek – tak, dla przyzwoitości, żeby nie iść z pustymi rękoma – i po pracy poszła do niego.
Drzwi otworzyły się nie od razu. Potem rozległy się szurające kroki i w progu stanął pan Stanisław. Zdziwiony, zagubiony.
– Pani Grażyno? Pani… do mnie?
– No tak – wyciągnęła torbę. – Postanowiłam odwiedzić. Jak się pan czuje? Jak tam kot z kotkiem?
Twarz staruszka rozpromieniła się uśmiechem. Takim ciepłym, szczerym, że Grażynie zrobiło się lżej na duszy.
– Niech pani wejdzie, niech pani wejdzie! – Usunął się. – U mnie się świetnie urządziły!
Mieszkanie było niewielkie, skromne. Stare meble, wytarty dywan. Ale czysto, przytulnie.
Na parapecie, na złożonym pledzie, drzemał kot. Obok niego buszował kotek – już silniejszy, puszysty.
– Oto one – z dumą powiedział pan Stanisław. – Kota nazwałem Mruczka. A kotka – Tymek. Bo taki cichutki.
Grażyna podeszła, ostrożnie pogładziła Mruczkę. Kot otworzył jedno oko, zamruczał i znów zasnął.
– Śliczne – powiedziała cicho Grażyna.
– Ano. – Pan Stanisław uśmiechał się od ucha do ucha. – Wie pani, byłem z nimi u weterynarza. Wszystko w porządku.
Mówił i mówił – jak Mruczka pierwszą noc chowała się pod kanapą i targała tam kotka, jak potem się oswoiła, jak teraz wita go w drzwiach, gdy wraca.
Wychodząc, Grażyna zatrzymała się w progu:
– Panie Stanisławie, niech pan przyjdzie do sklepu. Będę czekać.
Skinął głową:
– Przyjdę.
I dodał cicho:
– Dziękuję pani, Grażyno. Za wszystko.
– To panu dziękuję – odpowiedziała. – Jest pan prawdziwym człowiekiem.
Następnego dnia pan Stanisław znów przyszedł do sklepu. Jak zwykle – powoli, z siatką.
Ale tym razem Grażyna przywitała go uśmiechem. Wyniosła z zaplecza taboret, postawiła obok lady:
– Niech pan siada, panie Stanisławie. Niech się pan nie spieszy. Ja się nigdzie nie śpieszę.
On skinął z wdzięcznością. Usiadł. Zaczął spokojnie wybierać produkty.
I Grażyna po raz pierwszy nie poganiała staruszka.







