Nie da się nie kochać własnych dzieci, myślała Małgorzata Kowalska, przeciskając się przez zasypaną śniegiem alejkę przy domu w Warszawie. A tak naprawdę uczucie miłości nie czuła. Była zmęczona, wściekła i przytłoczona bezsilnością. Kiedyś, jeszcze gdy Wojciech był żywy, a ona była w piątej ciąży, sąsiadka z szóstego piętra, pewna że już zamknęła drzwi i nie słyszy, zwróciła się do męża:
Na zasiłki rodzą, a dzieci wciąż porzucone!
Małgorzata aż zakrztusiła się płaczem, bo to tak ją dotknęło. Tak, udało jej się pracować, mając czworo dzieci, ale nigdy nie zostawały same: przyjeżdżała matka, dopóki mogła, później zatrudniono nianię. Pracę kochała i nie uważała, że powinna rezygnować tylko dlatego, że dzieci są małe. Kiedy dorosną, i co wtedy? Kto będzie Małgorzatą?
Okazało się, że to dobre rozwiązanie, bo gdy Wojciecha już nie było, jej pensja ledwo starczała na wszystkie potrzeby pięciorga dzieci, ale wystarczała. Nie dotykała jeszcze emerytury, trzymała ją na oszczędnościach, żeby pociekały się potem na start w dorosłe życie. Ale być wdową z pięciorgiem maluchów to zadanie ponad siły.
Całą noc padał śnieg, a ścieżki, które jeszcze przed chwilą były wąskie, stały się praktycznie niewidoczne. Gdyby tylko wcześniej zaparkowała auto w innym miejscu, nie musiałaby najpierw ciągnąć Eryka i Lenę, dosłownie za sobą, do ogródka i z powrotem. Małgorzata patrzyła w dół, by nie wciągnąć w buty ostrego śniegu, więc nie zauważyła mężczyzny nadjeżdżającego jej naprzeciw. Zderzyli się, on utrzymał balans, a ona wpadła w zaspy. Mężczyzna podał jej rękę, by wstała, i upuścił duży czerwony balonik w kształcie serca.
Cholerny Walentynkowy balonik! pomyślała pod nosem Małgorzata.
Wczoraj, do dwunastej w nocy, przyklejała młodszej córce Tosi kozaki i pisała referat o święcie dla synka Pawła, jednocześnie uspokajając najstarszą Wiktorię, która właśnie dostała wielką pryszczy w czole i szaleje, bo jutro ma nadzieję, że chłopak, którego podziwia, przyniesie jej walentynkę i zaprosi na randkę. W międzyczasie najmłodsi podkradli farby akrylowe i poszarli białą szafkę w salonie, podłogę i siebie nawzajem. Nauczycielka rano z rozbrajającym humorem nazwała ich papaśami i doradziła kupić zmywacz do paznokci z acetonem.
Przepraszam, nie zauważyłem pana powiedział mężczyzna.
W Małgorzacie toczyły się dwa uczucia: gniew, że taki silny facet ją nie dostrzegł, i zakłopotanie z powodu zgubionego serca, pewnie przeznaczonego dla ukochanej. Zwyciężyło drugie.
Nic nie szkodzi, sama jestem winna. Szkoda balonika.
Mężczyzna spojrzał w niebo.
Nic. Ptaki i tak będą świętować.
Pani żona pewnie się zdenerwuje.
To dla córki uśmiechnął się. Kupię inny.
Wtedy łzy nagle popłynęły z oczu Małgorzaty. Facet wyglądał na zdezorientowanego i nie wiedział, co z tym zrobić.
Przepraszam wymiotowała Małgorzata. Nie chciałam, to przypadek.
Nic nie szkodzi Coś się stało?
Małgorzata rzadko narzeka, rzadko opowiadała, że jest wdową z pięciorgiem dzieci, ale ten nieznajomy był zupełnie obcy, a ona była wykończona.
Po wysłuchaniu jej, mężczyzna odparł:
Muszę przedstawić panią moją żonę. Ona wpadła w szał przy trzecim dziecku, a ja mówię: poczekaj, najpierw zadbaj o siebie, dopóki nie odkręcisz się od tytulki. Nie mówię, że wiele dzieci to zło od razu się zakręcił. To dobrze, i ja chcę trzecie, ale przepraszam, nie wiem co mówię. Nie jestem najlepszym pocieszaczem.
No cóż machnąła ręką Małgorzata. Czasem patrzę na nie i myślę: muszę ich kochać na maxa. A w praktyce częściej się złościę i irytuję. Gdzie jest ta miłość? Nie wiem.
Ma pani ją, tylko zasypał ją śnieg, jak tę ścieżkę. Pamięta pani, co rośnie latem?
Co?
Mniszek lekarski.
Wydawało się, że Małgorzata zrozumiała, o co chodzi, ale pustka wciąż nie opuszczała jej serca.
Mężczyzna odprowadził ją do samochodu i życzył pięknego dnia. Wsiadając, poprawiła makijaż i ruszyła do pracy. Na sercu było ciężko, wspominała dni, kiedy w walentynki znajdowała pod lusterkiem kartkę albo bukiet kwiatów na tylnym siedzeniu. Męża nie było już cztery lata. Takie święta zawsze wywoływały tęsknotę. A dziś mieliśmy spotkanie, na którym wredny pan Stanisław Piotrowski będzie pół godziny nużył nas swoimi wynikami.
W biurze panował przyjemny gwar: nie tak, że ludzie obchodzili walentynki, ale tu i ówdzie Małgorzata widziała kwiaty, dziewczyny chichotały, chłopcy kręcili się nerwowo tak zwykle, gdy trzeba odgadnąć, czego od nas oczekują kobiety. Wchodząc do gabinetu, pomyślała, że weszła do niewłaściwych drzwi, cofnęła się: na biurku leżał bukiet czerwonych róż. Gabinet jednak był jej, podeszła ostrożnie, przyglądając się kwiatom jak dziwnemu zwierzakowi, nie wiedząc, czy to pazury, czy mruczenie.
Do kwiatów dołączono kartkę. Małgorzata wzięła ją delikatnie w ręce.
Nigdy bym się nie odważył, ale kiedy, jeśli nie dziś. W twoich oczach widzę kosmos, twój uśmiech decyduje o moim nastroju. Może zjemy razem? L.
Zastanawiając się, który z pracowników na L mógłby to napisać, Małgorzata wahała się, czy to rzeczywistość, czy przypadek. Na kartce był też adres restauracji i godzina 19:00. Leon, Łukasz, Leszek? Mężczyźni o tych imionach pracowali w jej dziale, ale żaden nie wykazywał zainteresowania. Byłoby zabawnie, gdyby to był Leon kiedyś była w niego zakochana, tuż przed piątą ciążą. Wtedy dopiero zaczęła pracę, małżeństwo nie szło dobrze i szukała emocji. Leon niedawno dołączył, był przyjazny i ciekawy, jedli razem lunch kilka razy. Małgorzata złapała wtedy motyle w brzuchu, ale po teście zrozumiała, że to nie motyle, a protesty jej układu rozrodczego domagające się urlopu od kolejnych ciąż. Zawsze zachodziła w ciążę niespodziewanie, płodność jej była niesamowita. Gdy zaszła w ciążę, zapomniała o zauroczeniu, a potem Wojciech zachorował i Leon wyparował z pamięci.
Cały dzień Małgorzata rozważała, czy iść na randkę. Obserwowała Leona, Łukasza i Leszka, ale wszyscy zachowywali się tak, jak zawsze. Może to jakiś żart? I jaka to randka, skoro dzieci? Mama nie wychodzi od lat sześć, nie stać na nianię, starsza córka pewnie ucieknie na spotkanie. Nie zamierzała więc nigdzie jeździć.
Eryk i Lidia podarowali jej krzywych serduszek, teraz w przedszkolach uczą wycinać walentynki. Małgorzata zapakowała je w kombinezony i pociągnęła do samochodu po śniegu, przypominając sobie porannego faceta z czerwonym balonikiem. Mogło jej się przydarzyć coś podobnego, i myśl o tym sprawiła, że oczy się zamglą.
Dzieci huczały w aucie, kłóciły się, który kreskówkę włączyć, i żądały wypadku po sklepie po Kinder, bo dziś święto. Zmęczona ich krzykiem, Małgorzata poddała się, kupiła Kinderki, schowała trzy dla starszych, i pierogi, bo nie było sił gotować.
W domu czekała niespodzianka: pachniało smażonymi ziemniakami i wiśniowym kompotem. Najstarsza Wiktoria oznajmiła, że chłopak zaprosił jej przyjaciółkę na randkę, więc nie ma już przyjaciółek i nie będzie chłopaka, ale to i tak w porządku, bo pryszczy na czole tylko rośnie. Z tej okazji postanowiła ugotować kolację. Średnie dzieci posprzątały pokoje i wytrąciły markery z białej szafki. Małgorzata łznie, objęła dzieci i zrozumiała, że naprawdę ich kocha. Nie tylko teraz, kiedy są tak słodkie, ale zawsze. Przeszukała szafę, znalazła małą czarną sukienkę, którą nie nosiła od lat, wzięła od starszej perfumy, od środka błyszczyk.
Mama idzie na randkę! zakrzyknęła Wiktoria.
Eryk zapłakał, trzeba go było pocieszyć i obiecać, że wróci szybko.
Do restauracji Małgorzata przyjechała podekscytowana: co ją tam czeka? Dziwne, że ma iść na randkę z nieznajomym. No dobra, nie z nieznajomym, ale z kimś, kogo zna, choć nie do końca wie, kto to jest. To trochę jak losowanie prezentu w tajemniczym Mikołaju. Gdyby miał to być Leon czy może Waśka z działu zaopatrzenia, łatwo by wybrała prezent, ale gdyby to był szef działu HR, pan Stanisław, dałaby mu dopiero rower, bo przypominałby pocztowca z bajki.
Wchodząc do lokalu, Małgorzata nie wiedziała, jak powiedzieć, na czyją rezerwację siedzą. Już miała się odwrócić, gdy zobaczyła go samego pana Stanisława Piotrowskiego. Stał wyprostowany, patrząc w drzwi. Gdy zobaczył Małgorzatę, zaczerwienił się, ale nie odwrócił wzroku. Coś w niej zadrżało, złość, strach, zakłopotanie. On? Kosmos w oczach? Co to za gra tego krokodyla? Nie było odwrotu.
Bałem się, że nie przyjdziesz rzekł.
Właściwie nie przechodzili na ty. Małgorzata poczuła, że od takiego dziwnego dnia może przyjść wszystko, westchnęła i podeszła za kelnerką, która wskazała im stolik przy oknie. Z sufitu zwisały serca w różnych rozmiarach, a Małgorzata pomyślała, że to chyba jej córka ma iść na randkę, nie ona. Musiała coś wymyślić i uciec. Dlaczego nie poprosiła dziecko, by zadzwoniło i powiedziało, że w domu pożar?
Rozmowa nie szła gładko. Pan Stanisław był spięty, gadał lub milczał, wpatrzony w Małgorzatę tak, że współczuła mu i próbowała podtrzymać przyziemny small talk. Wszystko to wydawało się ogromną pomyłką, chciała uciec, nie żuć chrupiące bakłażany ani kroić soczysty stek. Niech się coś stanie! pomyślała. Młodsze pomalują ściany, średnie wykąpią kota, a przyjaciółka Wiktorii zrozumie, że zdradziła i zawoła ją do pojednania!
Modlitwy Małgorzaty usłyszał telefon po trzecim kawałku steka. Na ekranie wyświetliło się imię najstarszej córki i wiadomość:
Muszę wziąć. Dzieci.
Z ulgą opowiedziała Stanisławowi o rodzinnej sytuacji, licząc, że on odwoła randkę, ale on z entuzjazmem oświadczył, że sam był jedynakiem i zawsze marzył o wielkiej rodzinie.
Wiktoria krzyknęła w słuchawkę.
Mamo, pożar! Paweł chciał usmażyć paluszki serowe, olej się zapalił i
Małgorzatę przeszokowało. Czuła, jak krew zbiera się w piersiach, gotowa eksplodować.
Co się stało? przestraszył się Stanisław.
Pożar wydychała.
Zaskakująco spokojnie i szybko działał: jedną ręką podniósł kartkę i wezwał kelnerkę, drugą dzwonił po strażaków, potwierdzając adres, jednocześnie kierując dzieci niech zakładają buty i biegną na zewnątrz, pukają sąsiadom i nie próbują ratować rzeczy.
Po piętnastu minutach dotarli do domu. Straż pożarna stała przy klatce, mieszkańcy tłoczyli się wokół płaczących dzieci, z okna wylewał się dym. Już nigdy nie będę mówiła, że ich nie kocham zapewniła Małgorzata. Będę najlepszą mamą! Przytuliła dzieci, zdumiona nad cudzymi kurtkami i czapkami na…dziurawych płaszczykach, poczuła, że w końcu naprawdę jest domem, choćby i wśród śniegu i nieoczekiwanych serc.







