Zosieńko, my do was przyjeżdżamy w odwiedziny! Tylko na dwa dni, już bilety mamy! takim nietypowym wstępem rozpoczęła rozmowę daleka krewna Zosi. Najwyraźniej bardzo daleka bo Zosia zupełnie nie mogła sobie przypomnieć, kim ta kobieta w ogóle jest.
Zosia osłupiała, wpatrując się w telefon, próbując uporządkować myśli: kto to właściwie jest, czego chce i skąd zna jej imię?
Kto mówi? Jakie odwiedziny?
Zosieńko kobiecy głos zachichotał w słuchawce no proszę cię! Przecież to ja, twoja ciocia Elżbieta!
Zosia nawet po chwili wzmożonego wysiłku nie mogła sobie przypomnieć takiej cioci, ale przezornie zapytała:
A w jakiej sprawie dzwonisz?
No tak, chcemy do was przyjechać! Przecież ty mieszkasz teraz nad morzem? To tylko na kilka dni a Leszek, mój syn, on naprawdę musi
Po krótkiej rozmowie Zosia zorientowała się, że Leszek, syn cioci Elżbiety, rzekomo potrzebuje świeżego, morskiego powietrza lekarz kazał, jak przekonywała ciotka. Uspokajała, że nie narobi kłopotu, wszystko po sobie posprząta i jeszcze pomoże. Z trudem Zosia się zgodziła, mając dziwne przeczucie, że to niedobry pomysł.
Dziękuję, Zosieńko! kobieta aż zaświergotała z radości. To widzimy się w piątek!
Szybko się pożegnała i odłożyła słuchawkę. Zosia westchnęła i popatrzyła na swojego dwunastoletniego syna, Igorka.
Znowu ktoś do nas jedzie, mamo?
Jakaś ciocia Elżbieta wzruszyła ramionami Zosia.
Zadzwoń do babci, spytaj, kto to w ogóle jest! mruknął Igor, średnio lubiąc takie niezapowiedziane wizyty. Dobrze już znał te historie: goście obiecują jedno, a potem jest zupełnie inaczej.
Ostatnio Zosia wszystkich grzecznie zbywała, ale jeśli wizyta ma być na rzecz dziecka, głupio odmówić. Poza tym zapowiedziani byli tylko na dwa dni.
Zosia kupiła domek nad Bałtykiem trzy lata temu, zaraz po rozwodzie i podziale majątku. Przeprowadziły się z Igorem do Sopotu i nagle zaczęli pojawiać się przeróżni krewni, o istnieniu których w ogóle nie wiedziała.
Początkowo była nawet zadowolona z nowych twarzy, szybko jednak przekonała się, że wielu przyjezdnych liczy po prostu na gotowe, nie mając zamiaru nawet po sobie sprzątać. Do tego zaczynali rozstawiać wszystkich po kątach, mówiąc to Twój dom, Ty sprzątaj albo kupuj jedzenie.
Na szczęście Zosia szybko ucięła te zapędy nie prowadzi pensjonatu, gościom postawiła jasne granice. Pomagała tylko tym, którzy rzeczywiście byli wdzięczni i gotowi do współpracy, ale takich niestety było niewielu.
Posłuchała rad Igora i zadzwoniła do mamy, która została w Olsztynie, ale co roku odwiedzała je nad morzem.
Cześć Zosieńko odebrała mama.
Hej, mamuś, wszystko dobrze?
Pogadały chwilę o bieżących sprawach, po czym Zosia zeszła na temat cioci Elżbiety i jej syna.
Nigdy o takich nie słyszałam mama była zdziwiona. To chyba jacyś bardzo dalecy kuzyni. Może od strony Twojego taty? Spytam go, ale chyba nic nie będzie wiedział.
Rozmowa niewiele dała, pozostało tylko czekać na rodzinkę.
Pojawili się dwa dni później, tak jak mówili. Ciocia Elżbieta postawna kobieta o chytrym spojrzeniu i Leszek, który ani trochę nie wyglądał na chore dziecko, a raczej na piętnastoletniego dryblasa. Jak się potem okazało, o żadnym leczeniu nawet nie było mowy, Elżbieta po prostu chciała zaoszczędzić na wakacjach. Nic nowego!
Dlaczego nikt nie odebrał nas z dworca? to były pierwsze jej słowa.
Mama nie musi tego robić mruknął Igor, stojący obok.
Elżbieta udała, że nie słyszy, ale zmierzyła go spode łba.
Zosiu, gdzie możemy zostawić bagaże? Jakie mamy pokoje?
Jeden pokój. Nie mam aż tyle miejsca, żeby każdemu dawać osobną izbę stwierdziła sucho Zosia.
Tak? A mówili nam, że to piękny, wielki dom nad morzem!
Nie wiem, kto wam tak powiedział! Jeśli coś wam się nie podoba i zamierzacie dalej tak się zachowywać, to lepiej wybierzcie pensjonat. Nie zamierzam zaczynać naszej znajomości od awantur powiedziała stanowczo Zosia.
Ciotka Elżbieta natychmiast zmieniła ton na łagodny:
Zosieńko, nie wyrzucaj nas tak. Zmęczeni jesteśmy, podróż była długa. Chodź, wejdźmy do środka, kochana siostrzeniczko!
Weszła pierwsza, Leszek potulnie ciągnął torby, a Igor spojrzał na mamę:
Mamo, źle zrobiłaś. Powinnaś ich nie wpuszczać.
Tylko dwa dni próbowała uspokoić Igorka i siebie samą.
Reszta dnia na szczęście minęła względnie spokojnie. Elżbieta i jej syn wcześnie poszli spać, choć jeszcze trochę ponarzekali, że są przyzwyczajeni do oddzielnych pokoi. Zosia miała jeszcze dwie wolne izby, ale właśnie trwał tam remont. Proponowała też spanie w salonie, ale goście odmówili. Trudno, pomyślała Zosia i też poszła na górę.
Noc przeszła spokojnie, ale nad ranem Zosię obudziły krzyki i rumor. Z trudem uniosła głowę, było dopiero szósta rano. Była nocnym markiem, więc zawsze wściekała się, gdy ktoś ją budził. Igor wiedział o tym i zachowywał się cicho; jeśli musiał wyjść z domu, zostawiał kartkę.
Co się dzieje? ziewając dramatycznie, wyszła do salonu.
Nic, Zosieńko ciotka Elżbieta rozrzucała ubrania po całym pokoju, szukając stroju kąpielowego. Nie mogę go znaleźć. Chyba zapomniałam
Nie mogłaś zrobić tego w swoim pokoju? I ciszej, proszę!
Tam za mało miejsca. Ja naprawdę cicho byłam
Okazało się, że hałas dobiega z podwórka Leszek walił patykiem w blaszane wiadro, czekając na matkę.
Niech on przestanie, sąsiedzi mnie zabiją! warknęła Zosia do Elżbiety.
Ta niechętnie odkrzyknęła do syna, który przeniósł się na ławkę pod drzewem.
Nie było sensu wracać do łóżka, więc Zosia ruszyła do kuchni.
Dokąd idziesz?
Na kawę mruknęła Zosia.
Kawa, świetnie! Zosiu, dla mnie dużą z mlekiem, trzy łyżeczki cukru!
Zosia zatrzymała się pół kroku, patrząc na coraz bardziej bezczelną ciotkę.
Elżbieto, nie wiem nawet, jak się do pani zwracają po ojcu, ale przypominam jesteście u mnie w domu. Od rana narzekacie, budzicie mnie, a teraz jeszcze żądacie kawy?
Ale to już nie jest rano wzruszyła ramionami Elżbieta Sierżant, jeśli chcesz wiedzieć. To co z kawą?
Obsługa własna.
Humor zepsuła sobie już o świcie. Kiedy próbowała się uspokoić przy kawie, wszedł Igor i z troską położył jej rękę na ramieniu.
I co mówiłem, mamo? Na twarzach mają wypisane, że bezwstydni do granic. Jeszcze nie za późno, by ich wyrzucić!
Jeden dzień jeszcze westchnęła Zosia. Wytrzymamy
Dopiero się zaczął! Mnie nawet obudzili.
Nagle do kuchni wparowała Elżbieta z obrażoną miną.
Jeszcze mi kawy nie zrobiłaś?
Mama nie musi! Sami sobie zróbcie! Igor stanął w jej obronie.
Zosieńko, nie uczyłaś dziecka, że starszym się nie przerywa?
A proszę mojego syna nie tykać! głos Zosi drżał ze złości.
Już nie jestem dzieckiem warknął Igor.
Ciotka zrobiła sobie kawę w grobowym milczeniu, po czym spojrzała na Zosię rzekomo miło:
Zosiu, pokażesz nam drogę na plażę? Zaprowadzisz?
Trzeba zejść ścieżką, zaraz będziecie na brzegu. Proste.
Skoro ona przeszła na ty, Zosia też nie zamierzała udawać uprzejmości.
A nie pójdziecie razem z nami?
Igor spojrzał znacząco na matkę nie miał żadnej ochoty pokazywać im plaży.
My pójdziemy po obiedzie. Idźcie sami.
A co będzie na obiad?
Zosia gotowała dla siebie i Igora, a dla gości tylko jeśli zrzucali się na produkty i potrafili się zachować. Nie należała do majętnych, by sponsorować komuś posiłki. Często odpowiadała jak dzisiaj:
My z Igorem mamy swój obiad, wy możecie coś zjeść w pobliskim barze mlecznym.
Nie możesz nam zrobić? Ja nie znoszę jadłodajni ciotka błagalnie wpatrywała się w Zosię.
Mogę, ale za 60 złotych od osoby za dzień odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Elżbieta prychnęła z pogardą.
To już wolę knajpę pewnie i tak lepsze niż twoje.
Igor parsknął pod nosem, ale nie skomentował.
Tak w nieustannych sprzeczkach i spięciach upłynęły dwa dni. Na drugi dzień ciocia Elżbieta nie zamierzała wcale się wyprowadzać. Gdy Zosia przypomniała jej o umowie, tamta wybuchła ironicznym śmiechem:
Zosieńko, no co ty! Wyrzucisz nas? My mamy urlop na tydzień! Co ci szkodzi pomieszkamy trochę jeszcze u ciebie!
Szkodziło jej. I to bardzo. Te dwa dni już nadwerężyły jej cierpliwość nie dosypiała, sąsiedzi mieli pretensje, a na dodatek towarzystwo było zwyczajnie antypatyczne. Leszek podkładał Igorowi nogi lub śmiecił po ogrodzie, choć proszono ich o kulturę. Skończyło się na tym, że sąsiedzi przyszli z pretensjami.
Tak, szkodzi mi. To mój dom i jutro przyjeżdżają moi przyjaciele, więc proszę was o wyprowadzkę rano. Umawialiśmy się na dwa dni. Minęły.
Zosia była spokojna i stanowcza, czego Elżbieta nie mogła zdzierżyć. Jej oczy rozwarły się szeroko:
Masz sumienie! Własną rodzinę na bruk wyrzucać! Gdzie my niby pójdziemy? Na dworzec? Co my mamy zrobić?!
Leszek stał z boku, spuszczając głowę. Widać było, że jest mu wstyd.
Jaką wy rodzinę? Nikt was nie pamięta! Macie czas do rana. Jeśli spróbujecie coś ukraść albo zniszczyć, wzywam policję.
Zosia zamknęła za sobą drzwi. W środku wszystko w niej tańczyło z ulgi. Następnego rana Elżbieta z Leszkiem wyprowadzili się, rzucając w biegu obelgi i groźby. Zosia poprzysięgła sobie, że nigdy więcej nie wpuści do własnego domu takich krewnych, choćby tylko na dwa dni.







