Mam już sześćdziesiąt osiem lat, siły nie te same, zdrowie też nie. Jeśli to możliwe, nie opuszczam granic mojej wsi, więc czekałam na odwiedziny dzieci.
Kiedyś miłą tradycją było zbieranie się u mnie na święta i dekorowanie żywej choinki, ale w grudniu tego roku córka się przeziębiła, stwierdziła, że nie ma mowy, żeby przyjechała, nawet samochodem. Sama powiedziała przez telefon, że mogę ich odwiedzić (córkę, zięcia i wnuki), jeśli się nie boję, że się zarażę. Powiedziałam, że się zastanowię.
A potem siedziałam i myślałam, dlaczego mam siedzieć sama, zwłaszcza gdy moje jedyne dziecko jest chore. Wydałam prawie całą emeryturę, żeby kupić i przygotować torby z jedzeniem dla dzieci, kupiłam domowe konfitury od sąsiadki, miód z miejscowej pasieki. Dotarłam tam sama: autobusem na dworzec, potem kolejką i jeszcze dwoma autobusami. Do domu córki przyszłam dwudziestego trzeciego grudnia, aby pomóc w przygotowaniach, ale w domu nikogo nie było.
Gdy zadzwoniłem do córki, usłyszałem jej pogodny, zdrowy głos:
– No, co ty mamo, trzeba było nas uprzedzić! Pojechaliśmy na święta do znajomych. Wydawało mi się, że umówiliśmy się, że w tym roku świętujemy osobno…
Najbardziej zabolało mnie to, że skłamała. Byłoby mi przykro, że nie chce spędzić świąt nie ze mną, ale kłamstwo bolało jeszcze bardziej. Martwiłam się, starałam się…
Nie miałam wyjścia — zawróciłam i pojechałam z powrotem.
Tak właśnie dzieci oszukują, nawet w dorosłym życiu. Najważniejsze jest to, że czują się dobrze i dobrze się bawią, a o rodzicach nie myślą.






