Mąż mojej przyjaciółki to prawdziwy leń. Nie jest bezrobotny, jest “szukający pracy”; nie leży na kanapie, “pisze CV”. I nadal nie ma pracy, bo nikt go nie zatrudnia, a nie dlatego, że rzekomo nie chce pracować. Moja przyjaciółka wierzy w te wszystkie bzdury, które on jej opowiada i nie chce dostrzec prawdy. Już sto razy mówiłam jej, że kto szuka, ten znajdzie. Weźmy na przykład mojego męża.
Po zwolnieniu też miał depresję, przecież pracował od siedmiu lat w tej samej firmie, w mniej lub bardziej stabilnym miejscu z dobrą pensją, a tu go wyrzucono z minimalną odprawą i referencjami. Niezwykle trudno było mu konkurować z młodszymi kandydatami na to czy inne stanowisko, bo był już po czterdziestce i jego myślenie nie było wystarczająco “kreatywne”. Ale nigdy nie próbował osiąść na laurach. Szukał zaciekle pracy i brał co mu wpadło w ręce.
Kiedy był młody, pomagał ojcu w utrzymaniu ogrodu, wiedział, jak przycinać jabłonie i śliwy, i robił przycinanie drzew. W okresie bezrobocia zamieszczał ogłoszenia na stronie internetowej, szukając różnych zleceń, a także jeździł przycinać drzewa co najmniej trzy razy w tygodniu. Był amatorem więc nie mógł zarobić tyle, co w poprzedniej pracy, ale nigdy nie siedział bezczynnie i półtora miesiąca po zwolnieniu dostał nową pracę, którą ma do dziś.
Nie ulega wątpliwości, że ktoś może po prostu nie mieć szczęścia w poszukiwaniach, ktoś jest naprawdę fatalnym pracownikiem i nigdzie nie zostanie przyjęty, ale to nie znaczy, że można całe życie siedzieć w domu, jeść na cudzy koszt i tylko jęczeć, że nic się nie udaje. Ktoś, kto naprawdę chce pracować, zawsze coś znajdzie.






