Oczywiście, nie stało się to z dnia na dzień. Trzeba mieć bardzo dobry powód, żeby stracić wszystkie uczucia do kogoś, z kim żyło się ponad 10 lat i miało dzieci. Ale wyraźnie pamiętam moment, w którym życie podzieliło się na przed i po. O tym właśnie chcę opowiedzieć.
Na początek bardzo krótka historia o moim byłym. Jest przystojnym, brutalnym, bystrym i utalentowanym alkoholikiem. Udaje mu się zrobić absolutnie oszałamiające wrażenie. Jest osobowością medialną w naszym mieście – przez długi czas pracował w telewizji. Prawdę mówiąc, kiedy za niego wyszłam, ludzie mi zazdrościli i mówili to wprost.
Ja rozumiałam, za kogo wychodzę. Więc wszelkiego rodzaju przejawy narcyzmu i inne jego sztuczki narcystyczne traktowałam spokojnie. Ale czego nie mogłam znieść, to tego, że mój ukochany przystojniak był ciągle malutkim syneczkiem mamusi.
Kobieta potrafi ze wszystkiego zrobić kapelusz, sałatkę i skandal. Mój mąż potrafił każdą sytuację zamienić w powód do nieszczęścia, udręki, szlochu i depresji. W takiej chwili leżał na kanapie, a ja miałam siedzieć obok, trzymać go za rękę i słuchać jak mówi bzdury. Wszystko to było zakrapiane napojami alkoholowymi o różnej mocy.
Ale nawet to dało się znieść. Po kilkukrotnym wysłuchaniu, jak cierpi, dałam sobie z tym spokój i po prostu ignorowałam jego napady. Ale miał jeszcze jednego wdzięcznego słuchacza – swoją mamę!
Mama to święta osoba, “najważniejsza”. Ale jakże czasem jej nadmierna miłość potrafi zrujnować życie dziecka.
Mama mojego męża nie mogła sobie poradzić z tym, że jej “synek” dorósł. Przy każdym kichnięciu czy pierdnięciu zaczynała się martwić, miał czterdzieści lat, a ona brała go za rękę i prowadziła do przychodni i wtykała mu pieniądze do kieszeni. Tyle że nie próbowała karmić go piersią.
Mój brutalny samiec ganił mnie za wygląd i czekał na taką matczyną opiekę. Ode mnie.
I wreszcie początek historii: jak zrozumiałam, że nie mogę dłużej żyć z tym człowiekiem.
Rok 2015, sylwestra spędziliśmy we czwórkę. Ja, on, nasza roczna córka i jego mama. Nie miałam nic przeciwko temu układowi – mama pomagała nakrywać do stołu i zajmowała się wnuczką.
Do godziny 12 w nocy nasz gwiazdor chrząkał jak świnia i leżał na kanapie. Zaproponowałam teściowej, żeby zostawiła go w spokoju i napiła się szampana. Ale ona zaczęła marudzić – Och, on pije i prawie nie je!. I zaczęła karmić łyżeczką mojego męża! A ten pijany, 40-letni bachor leżał na kanapie, posłusznie otwierając usta!
Prawie się zrzygałam. I zrozumiałam, że jestem zbędna w tej rodzinie. Dokładniej mówiąc, nie potrzebuję tego śmierdzącego oddechem dziecka, które matka-emerytka karmi z łyżeczką.






