Jestem spokojną i zrównoważoną osobą. Przed podjęciem jakiejkolwiek ważnej decyzji jestem przyzwyczajona do kilkukrotnego przemyślenia sprawy i przeanalizowania kilku opcji. Całe moje życie to jasny, przemyślany plan. Kiedy więc pojawiają się nieprzewidziane sytuacje, natychmiast wpadam w panikę, bo to wybija mnie z rutyny.
Myślę, że jeśli coś jest dobrze zaplanowane to pójdzie zgodnie z planem, a wtedy nie będzie niepotrzebnych kłopotów. Niestety wszystkie moje plany poszły z dymem, gdy poznałam Piotra.
Od tamtej pory moje życie zaczęło się psuć. Nie pasował do mojego wizerunku mężczyzny, ale nie można powiedzieć sercu, co ma robić. Sześć miesięcy później pobraliśmy się. Żyliśmy jak prawdziwa włoska rodzina, bo często dochodziło między nami do kłótni. Piotr był zbyt pewny siebie i bezczelny. Mawiał, że tylko prawdziwi frajerzy żyją według planów i zasad, robiąc mi aluzje.
Tak próbowaliśmy budować wspólne życie. Szczerze mówiąc, nie bardzo nam się to udawało. Byłam często zirytowana zachowaniem mojego męża. Ilekroć się kłóciliśmy, powtarzał to samo:
– Coś ci nie pasuje — poszukaj kogoś innego.
Nie mogłam tego znieść. Miałam dość jego ciągłych wyrzutów i gróźb. Wzięłam więc walizkę i poszłam się spakować. Gdy wychodziłam, rzucił mi oschłe:
– No i dokąd idziesz?.
Odpowiedziałam ze złością:
– Szukać lepszego! I pojechałam do domu rodziców.
Minęły trzy dni. Piotr przyszedł, przeprosił i chciał, żebym do niego wróciła. Na początku chciałam rzucić mu się w ramiona, ale powstrzymałam się. Nie będzie lepiej. Wszystko będzie się powtarzać. Ludzie o różnych poglądach na życie nie mogą być razem.
Postanowiłam, że nie wrócę do Piotra. Bez wahania złożyłam pozew o rozwód i miesiąc później byłam wolna. Ten przypadek uświadomił mi, że życia nie da się zaplanować, są chwile, które dzieją się pomimo naszych planów.
Najważniejsze to nie żyć w ciągłym stresie.
